Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Caroline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Caroline. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 12

Cześć kochani!
Jestem cholernie, ale to cholernie ciekawa i mam tak mnóstwo pytań po 4x09
Cały odcinek jak dla mnie, był wielką emocjonalną bombą, która na końcu wybuchła, z milionem pytań, CO TERAZ?
Jak wy myślicie? Co dalej? Bo ja mam mętlik w głowie...
Julie Plec na twitterze odpowiedziała na pytanie, czy będziemy mogli zobaczyć jeszcze jakieś ich wspólne sceny i Jej odpowiedź trochę mnie uspokoiła i usatysfakcjonowała, chociaż nadal mam mieszane uczucia.
Ale jest chyba dobrze... :)
 

Rozdział 12.

''Przestałem śnić wieki temu, ale sen, który nam się przytrafił z pewnością jest rzeczywisty i najwspanialszy ze wszystkich, którymi śniłem moja droga Caroline.
Proszę, nie budźmy się z niego.
Niech trwa...
Klaus.''


Obracałem skrawkiem papieru przez ułamek sekundy, nie wierzyłem, że tak się kończy ta historia. Zacisnąłem pięści i powieki z bólu jak zwykłem to robić, gdy coś mnie przerastało i szybko wrzuciłem list do skrzynki.
- Hej, nie wierzę! Znowu kontemplujesz tą sprawę z blondi? - Otarłem pojedynczą łzę, żeby nie dać po sobie poznać niczego.
- Czego chcesz? - Przeszedłem bezwiednie obok Kola nie zamierzając wszczynać kłótni. I choć Irytował mnie stojąc w drzwiach z założonymi rękoma i cynicznym uśmieszkiem, nie zamierzałem wszczynać kłótni.
- Spokojnie! Tego kwiatu jest pół światu Nik, w dodatku bardziej... inteligentniejszego.. - Cicho dodał i roześmiał się z wyraźną ironią w głosie. Obróciłem się starając zachować spokój, ale nie potrafiłem.
- Co powiedziałeś na temat Caroline? - Podszedłem mierząc go wzrokiem, miałem niezmierną ochotę uciszyć jego żałosne aluzje.
- A powiedziałem coś co nie jest prawdą? - Odparł z pewnością siebie.
Przygryzłem wargi i puściłem to mimochodem, wyszedłem z posiadłości.
- Tak tak! Upadnij jeszcze niżej bracie! - Słyszałem w tle jego ironiczne podsumowanie.
wsiadłem do samochodu, a moim celem była jedna osoba.
CAROLINE.
-Caroline! Doskonale wiesz, że to nie miałoby prawa zaistnieć, nigdy!
- Tak.. tak, ale ja.. Stefan, powinieneś wiedzieć co czuję.. - Odparłam cicho, patrząc na jego reakcję. Stefan zawsze był osobą, której mogłam zdradzić to co czuję.
- Posłuchaj.. - Zaczął spokojnie siadając na przeciwko mnie.
- Klaus manipuluje każdym, by tylko osiągnąć to czego pragnie. Jeśli byłoby inaczej, to coś.. ta relacja między wami nadal by istniała, a tak nie jest, rozumiesz? - Patrzył mi głęboko w oczy, ale wyglądał jak gdyby sam w to nie wierzył, jakby mówił to co jest słuszne, a nie zgodne z rzeczywistością. - Spojrzałam w sufit, by powstrzymać płacz.
- Chodź tutaj do mnie. - Otworzył przede mną swoje ramiona, żebym mogła schować w nich swój smutek.
- Dziękuje Ci. - wymamrotałam kilka słów przez łzy, a mój przyjaciel głaskał mnie po pukli loków, by uspokoić moje emocje.
- Cii, Caroline spokojnie. - Pocałował mnie w czoło, czułam się naprawdę spokojnie, odjął mój ból chociaż na moment.
Po chwili rozległo się głośne pukanie do drzwi, wzdrygnęłam się nerwowo wyrwana nagle z objęć Morfeusza i spojrzałam na Stefana.
- Spodziewasz się kogoś? - Zapytałam.
- To pewnie Damon, miał dostarczyć mi kilka informacji na pewien temat. Zaraz wracam, nie ruszaj się. - Posłał mi ciepły uśmiech.
STEFAN.
Otworzyłem drzwi, a w nich stanął nikt inny jak Klaus. Zmierzyłem go badawczo wzrokiem, starając się wyczytać z jego twarzy intencje.
- O co chodzi? - Zapytałem bez emocji.
- Masz... chwilę? - Odparł neutralnie. wyglądał mizernie, jak na najpotężniejszą istotę na ziemi.
- Słuchaj, nie będę udawał, że nie podoba mi się twoja obecność tutaj, dlatego nie.. Nie mam chwili, którą mógłbym Tobie poświęcić. - Odpowiedziałem z uśmiechem i zamknąłem drzwi.
- Hej Stefan, nie niszcz naszej braterskiej więzi, ona będzie trwać zawsze, dobrze o tym wiesz.. - Odpowiedział patrząc na mnie spod byka. Nie odpowiedziałem nic, tylko wpuściłem go do środka.
CAROLINE.
- Ehh dlaczego jesteście tak niemiłosiernie twarde? - Mruknęłam sama do siebie układając poduszki na kanapie.
- Caroline...
- Tak Stefan? - Odparłam odwracając się w kierunku przedpokoju.
- Masz.. gościa.
Przełknęłam ślinę wpatrując się przez pewien czas w jeden punkt. Pokiwałam twierdząco głową. Zobaczyłam go, był wrakiem. Było mi go żal, i jedyne czego chciałam to zasnąć w jego ramionach na wieki, ale.. to by nie było słuszne, nie byłoby zgodne z zasadami.
Podszedł bliżej i usiadł obok mnie na kanapie. Spojrzałam na Stefana, który nadal stał w oddali sprawdzając czy wszystko jest ok. Po chwili odszedł.
Przez minutę panowała krępująca cisza, Klaus patrzył w ziemię starając się ułożyć coś w głowie, a ja bałam się co za moment mogę usłyszeć. Spojrzał na mnie jednym z tych spojrzeń, za które oddałabym wszystko.
- Posłuchaj mnie uważnie, bo to co zaraz powiem jest jedyną rzeczą na świecie, której... której się boję. - Przełknął nerwowo ślinę zaciskając przy tym powieki.
- Moje życie nie jest, nigdy nie było takim jakie chciałem aby było. większość czynów, słów jakie mu towarzyszą są następstwem wydarzeń poprzedzających je. - Delikatnie wygiął usta w kształcie uśmiechu, odwzajemniłam go i  nie chciałam mu przerywać.
- Zawsze pokładałem nadzieję w swojej potędze, w tym, że jestem nieśmiertelny i niezniszczalny, ale... myliłem się. I chcę abyś wiedziała, że Ty.. - Przerwał na chwilę i chwycił moją dłoń.
- Ty jesteś cudem, który los postawił na mojej drodze. wszystko czego pragnąłem, czego kiedykolwiek szukałem jest... tutaj... - Objął mój policzek.
- Starałem się wypierać każde dobro, które mnie spotykało, przez moment nawet chciałem wyprzeć Cię z mojego umysłu, usunąć na zawsze, ale nie potrafię. Nie potrafię...
- Caroline, nie budźmy się z tego snu, błagam. - Uklęknął i podniósł moje ściśnięte dłonie pod usta.
- Koch.. - Przełknęłam ślinę na dźwięk tego słowa, a do oczu napłynęły mi łzy. Zaśmiał się z bezsilności i chyba z własnej głupoty. Podniósł wzrok i całkiem poważnie powiedział to na głos.
- Kocham Cię. Pokochałem w tobie dobro, siłę, to światło którym oświetliłaś moją ciemną duszę. Zawdzięczam Ci wszystko. Jesteś moim snem, o którym śniłem, a który był nie realny.
- Dlatego proszę Cię, muszę wiedzieć czy Ty.. czy ty te.. - Doskonale wiedziałam o co chciał mnie zapytać i nie wytrzymałam, przerwałam mu, przysunęłam się bliżej objęłam jego szyję i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek jako odpowiedź na wszystkie Jego pytania...

środa, 14 listopada 2012

Rozdział 11

Znowu nawaliłam, co? Nie zamierzam się usprawiedliwiać ani wybielać, przepraszam :(
Dziękuje wszystkim za komentowanie mojego bloga, to naprawdę pozytywne uczucie, że ktoś zainteresował się moją kulawą twórczością, innymi słowy wielkie dzięki.
Tony miłości płyną do was ode mnie :*
Chciałabym jeszcze wspomnieć o 4x07 i zdjęciach naszej Klaroline.
Jeśli chodzi o całą sprawę, to moim zdaniem, czeka nas coś większego niż możemy przypuszczać.. Cała sprawa z planem Tylera może być powiązana z obecnością Klausa na Miss Mystic Falls, ale! To by było zbyt proste, gdyby Caroline była tylko przynętą. Tyler sam ją pcha w jego ramiona zachowując się w ten sposób, a ja nie rozumiem i nie ogarniam jej postawy.. Gdyby facet którego kocham, kazał mi zostać przynętą tylko po to, żeby odegrać się w chory sposób na swoim wrogu, to odpuściłabym taki związek.
Zobaczymy jak zachowa się Caroline, wydaje mi się, że będzie zbliżać się do Klausa etapami. Powoli zacznie rozumieć, że to co Tyler robi, w jaki sposób zaczął się zachowywać jest sprzeczne z tym, jak chciałaby aby wyglądał ich związek.

Rozdział 11.

Kilka lodowatych kropel opływających moje ciało, zawsze było słodkim wybawieniem od nadmiaru emocji. Moje życie nigdy nie było tak idealnie ułożone, wszystkie klocki są na swoich miejscach, a pionki właściwie zgrane kolorami. Z ukojenia w kolejne, tym razem dla moich uszu. Jego idealny baryton brzmiał jak kompozycja dokładnie wszystkiego czego możesz chcieć od życia. A to tylko głos, powiesz gdzie reszta? - Uśmiechnęłam się do siebie  i sięgnęłam po jedwabny beżowy ręcznik, który owinęłam starannie wokół talii. Mokre kosmyki włosów delikatnie opadały na ramiona, subtelnie mocząc moją skórę. Osuszyłam włosy, nałożyłam makijaż, i wyszłam z łazienki.
- Gotowa? - zapytał lustrując mnie od stóp do głów.
- Jak widać... - Odpowiedziałam kusząco, zdając sobie sprawę, że w samym ręczniku napewno mi się nie oprze.
zaśmiał się, jak ja uwielbiałam tą radość.
- Hej! No co? - Odparłam w nadzieji, że zmięknie i spędzimy ten czas w domu.
- Ubieraj się! Nie mamy czasu. - Rzucił w moją stronę czarną sukienkę z paskiem i upił łyk swojego tradycyjnego trunku. Zmarszczyłam czoło i wykrzywiłam usta w grymasie obrażonej małej dziewczynki. Był jednak nieugięty.
- Jesteś pewien, że chcesz tam pójść? - Pytałam nakładając sukienkę. Starałam się czynić to w jak najbardziej fantazyjny sposób. Układałam obcisłe warstwy materiału na biodra, starając się ukazać wszelkie krągłości.
- Ekhm. - Parsknął patrząc na mnie spod byka, jednym z tych spojrzeń które zaczynają i kończą się tak jak ostatnio. Czyli byłam co raz bliżej celu...
- Czyżbyś się rozmyślił? - Odpowiedziałam układając włosy na bok. Przeszłam obok niego ocierając dłonią jego nadgarstek. Chwycił mnie w swoje ramiona i szybko przyciągnął do siebie.
- Kocham Cię. - Jego aksamitna dłoń gładziła mój policzek. A spojrzenie nadawało całej etiudzie specyficznego charakteru.
- Ja Ciebie też. - Odwzajemniłam uśmiech i pocałowałam go w policzek. Chwycił mnie za rękę i wyszliśmy.
To miał być wielki dzień.. Mieliśmy oficjalnie ogłosić, ze jesteśmy parą. Elena, Bonnie, Stefan, Damon nawet moja mama nie mieli pojęcia, że ja i największe zło tego miasteczka jesteśmy razem. Nic nie mogłam poradzić na to, że tak szaleńczo go kocham. - Odwróciłam głowę w jego stronę i chwyciłam jedną z dłoni, którą trzymał swobodnie. Z głośników dobiegały jego ulubione melodie.
''Every whisper
Of every waking hour
I'm choosing my confessions
Trying to keep an eye on you
Like a hurt lost and blinded fool
Oh no, I've said too much
I set it up''
Bacznie obserwowałam Jego reakcję, zobaczyłam ból. Zmarszczyłam czoło, nie miałam pojęcia dlaczego tak zareagował. Po kilku słowach przewinął dalej i przeniósł wzrok za okno.
- Hej... co jest? - złapałam go za ramię i odwróciłam do siebie. Odpowiedział  udawanym uśmiechem. Czułam, że coś jest nie tak.
- Nic, nic Caroline, wysiadaj. - Obkrążył samochód, otworzył mi drzwi i podał rękę.
- Przecież widzę. - Założyłam ręce na siebie i oczekiwałam wyjaśnień. Nie zamierzałam nigdzie iść, dopóki nie dowiem się co jest grane.
- Mówię poważnie! Nic mi nie jest, chodź albo zmuszę Cię żebyś to zrobiła.
- Niech Ci będzie!  - Podałam mu rękę a On złapał mnie w pasie i mocno przytulił.
- Nie myśl że i tak Ci odpuszczę. - Pokiwałam ostrzegawczo palcem, poprawiłam sukienkę i poszliśmy w kierunku drzwi, za którymi miała odbyć się jedna z większych corocznych imprez.
- Ty to zrobisz, czy ja? - zapytał pewnym głosem, wyczuł że obawiam się tego spotkania. Wiedziałam, że to nie będzie proste... Wszyscy byli pewni, że  przybęde we własnym towarzystwie, w końcu ja i Tyler to przeszłość, z kim innym mogłabym więc przyjść? Tym bardziej, że nie wiedzieli, jak długo borykałam się i borykam z podjęciem ostatecznej decyzji. Zaczerpnęłam głęboki oddech i pokiwałam twierdząco głową. Klaus  ścisnął moją dłoń i oczekiwaliśmy otwarcia. Słyszałam dobiegający śmiech Eleny i jej szybkie kroki, spojrzałam na moją miłość zlęknionym wzrokiem, a On założył kosmyk moich włosów za ucho. Drzwi się otworzyły, a w nich wyrosła postać Eleny i Stefana. Oboje mieli zszokowane miny, Stefan spojrzał na Klausa a potem na mnie, Elena przełknęła nerwowo ślinę i skleiła jakieś zdanie, po czym wskazała ręką na salon.
- ekhmm.. - Klaus sporjzał na mnie wymownie, co za irytująca sytuacja, wyobrażam sobie jak musiał się czuć.. Nie mógł przejść przez drzwi bo nie był nigdy mile widziany.
Elena poszła, Stefan się domyślił i zaprosił nas do środka, obdarzając lekkim uśmiechem. Było mi trochę łatwiej wiedząc, że w przeszłości Stefan i Klaus byli przyjaciółmi. Przez cały czas trzymał mocno mnie za rękę, chociaż z zewnątrz zgrywał znanego wszystkim twardziela.
Przed nami wyłoniło się kilkanaście osób, Bonnie z Jerem siedzieli na kanapie dyskutując na jakiś temat, Elena obserwowała nas w milczeniu przez krótką chwilę. Damon wszedł do pokoju upijając łyk Bourbonu, którym po chwili się zakrztusił, albo tylko bezczlenie udawał.
- Zaraz się porzygam... - Odparsknął złośliwie.
- Żeby była jasność.. - Mój kochany zaczął pewnym głosem, spojrzałam na Niego ze strachem.
- Jestem tutaj dla Caroline, wiem że mnie nie znosicie, co zresztą działa w obie strony, więc postarajmy się przez to przejść bez zbędnych komentarzy, albo wyrwę wam wnętrzności, wybór należy do was. - Obdarzył wszystkich udawanym usmiechem,  czułam się cholernie głupio, nie z powodu tego co powiedział, ale... czy tak miał wyglądać nasz związek zawsze? Czy taka czeka nas przyszłość? Nigdy przecież nie zaakceptują mojego wyboru, dlaczego? Gdy Damon był złośliwym chamem bez skrupułów mordującym niewinne osoby, to Stefan, Bonnie i reszta jakoś to zaakceptowali, dlaczego nie może być tak samo w tym przypadku? - zastanawiałam się w milczeniu, stres osiągał apogeum, najchętniej uciekłabym stąd jak najdalej i przespała resztę dnia w domu. Moje kontemplacje nagle przerwało muśnięcie, subtelnie ciepłe muśnięcie moich ust . Pewnie zrobił to specjalnie... Podobało mi się, nie zamierzałam przestać go całować tylko z tego względu, że nas obserwują. Jego ciepłe pocałunki były wybawieniem z tej stresującej sytuacji.
- ekhm, rozgośccie się, reszta ludzi jest na zewnątrz. - Oznajmiła Elena wyrywając mnie z tego snu, patrzyła z zażenowaniem, co chwilę odwracając wzrok na Stefana. Nie uszło to mojej uwadze, zresztą żaden szczegół nie uszedł.  Goście się rozeszli w swoje strony, jedni poszli na zewnątrz inni do innych pomieszczeń.
- Ale.. jak to, od jak dawna, wy..? - Zapytał cicho Stefan, Klaus spojrzał na mnie z ciepłym uśmiechem i odpowiedział pełen wewnętrznego spokoju.
- Od zawsze. - Odparł dumnie i obdarzył mnie czułym spojrzeniem, Stefan zerkał już bez zdziwienia, tylko uśmiechał się łobuzersko, nie mając żadnych pretensji, ani wyrzutów. Zaakceptował ten fakt, przyjął to na klatę co ułatwiło mi przetrwanie tej całej farsy. Zawsze liczyłam się z Jego opinią, był w końcu moim przyjacielem.
Udaliśmy się w kierunku barku, gdzie stało kilka butelek przepełnionych winem.
Klaus otworzył butelkę jednym szybkim ruchem i napełnił mój kieliszek do połowy. Upiłam kilka łyków, było wyjątkowo subtelne, jakby trafione idealnie w mój gust.
- Pyszny! - Oznajmiłam radośnie, delektując się jego smakiem. Pierwotny nalewając kolejny, tym razem dla siebie, patrzył na mnie wymownie, zdecydowanie miał ochotę pobyć sam na sam.
- Przestań patrzeć na mnie tym wzrokiem.. - zauważyłam delikatnie, chociaż miałam ochotę stąd wyjść i wyjechać tylko z nim, gdzieś daleko, najdalej. Miliony różnych uczuć kłębiło się we mnie chcąc znaleźć upust na zewnątrz.
- Kocham Cię, co jest złego w tym, że chcę to okazywać? - Zapytał upijając łyk czerwonego wina.
- Niiic, nic złego.. - poklepałam go po torsie. - Po prostu.. przyzwyczajajmy ich wolniej i subtelniej, ok? To dla mnie też jest nowa sytuacja. - Pogłaskałam go po policzku i poszłam wolnym krokiem w stronę gości.
Mijałam tych wszystkich znanych mi ludzi, moich znajomych, przyjaciół, ale większość patrzyła na mnie z wyraźnym wyrazem twarzy 'odsuńcie się, trędowata' czułam się okropnie, ale najwidocznej potrzeba im było czasu. Czasu na zrozumienie i zaakceptowanie. Minęłam Damona, który spojrzał na mnie z pogardą i oczywście wyprowadził z równowagi.
- Barbie! Powiedz mi że to tylko idiotyczny kawał. - Zatrzymałam się, wzięłam głębszy oddech i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Ani słowa więcej... - Zlustrowałam go spojrzeniem. Upił łyk bourbona i prychnął ironicznie.
- Tylko uważaj żeby Twój kochaś nie dowiedział się o naszym gorącym seksie! No.. właściwie to było ich kilka... - Powiedział to takim tonem, że gdyby nie hałas panujący wokół, ludzie mogliby to usłyszeć bez problemu, a co dopiero Klaus, do czego nie mogłam dopuścić. Złość zaczęła we mnie buzować na tyle, że byłam w stanie rzucić się na Niego i wbić kołek, albo przynajmniej dobrze potarasować mu kości... I.. zrobiłam to, tak ja, Caroline Forbes stanęłam w obronie Pierwotnego.
- Hej! Spokojnie, spokojnie Barbie! - Starał się mnie uspokoić, nieudolnie, rzuciłam nim o ziemię po raz drugi. Poprawiłam pukle loków i sukienkę.
- Auu, przesadziłaś. - Przyjął grymas odwetu i tym razem on rzucił mną o ziemię.
- Jak ją nazwałeś? - Poczułam dłonie które znałam, Klaus odkleił mnie od Damona i stanęli twarzą w twarz.
- Twoja głupiutka piękność sama mnie sprowokowała. - Odparsknął wskazując na mnie palcem, wyszczerzyłam kły i ponownie przyjęłam grymas zabójcy, ale naszczęście Stefan zdołał mnie opanować przyciągając do siebie.
- Puść mnie! - Zaczęłam usilnie wyrywać się z uścisku Stefana, ten zaś obezwładniał moje ruchy.
- Zostaw go! Słyszysz? Zostaw go! - Krzyczałam pełna wściekłości i chęci odegrania się.
Klaus nie zwracał na mnie uwagi, był przejęty kłótnią z Damonem. Tak usilnie chciałam mieć w tym swój udział, ale oboje trzymali mnie z dala od zdarzenia. Irytowało mnie, że nadal traktują mnie jak Caroline z przed kilku lat, zidiociałą blond kretynkę, nie umiejącą się postawić...nie mającą własnego zdania..
Obróciłam się do Stefana, a moim oczom ukazał się wianuszek obserwujących nas gapiów. Elena, Bonnie, Matt...Patrzyli zawiedzionym wzrokiem, jakby oskarżali mnie o największe przestępstwo w dziejach ludzkości. Czy było coś złego w tym, że chciałam ratować osobę na której mi zależy? Najwidoczniej dla nich tak. Cudem wykaraskałam się  z objęć Stefana i przejęłam kontrolę nad sytuacją między Damonem i Pierwotnym.
- Hej! Hej! Hej! Klaus, uspokój sie! Spójrz na mnie! hej, popatrz na mnie... - Przełknęłam ślinę i patrzyłam mu głęboko w oczy, nie wiedziałam czy jestem wystarczająco pewna tego co robię, ale za wszelką cenę chciałam sprowadzić Go na właściwe tory. Pomyślałam, że jeśli nie zacznę od dziś, nie uda mi się nigdy. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę przyciskając co raz to mocniej szyję Damona. Nasze spojrzenie przenikało się w całości, wyraz jego twarzy sugerował, abym nie przestawała, co mnie zdziwiło. Powoli czułam i widziałam jak cała złość odpływa. Jak wraca, wraca do mnie. Reszta patrzyła na nas, jak na jakieś niemożliwe wydarzenie, które nie miało mieć prawa się udać. A jednak.
Przyciągnęłam go do siebie, a On nie sprzeciwiał się, odpuścił. Poczułam ulgę i spojrzałam ukradkiem na Elenę, była w wyraźnym szoku, jakby objawił Jej się duch święty. Cóż, byłam z siebie dumna. Klaus objął mnie w pasie, był lekko poirytowany, że odpuścił, ale z drugiej strony, jakaś jego cząstka wyraźnie mówiła, że to było właściwe. Uśmiechnęłam się do niego, żeby dodać otuchy.
- Już wszystko w porządku, jestem przy Tobie. - Patrzył na mnie jak na wybawicielkę, a za razem jak na winną, jakbym go zdradziła. Pogłaskałam go po policzku.
- Koniec przedstawienia ludzie! Możecie się rozejść. - Parsknęłam ironicznie, denerwowali mnie jak nigdy, nie byliśmy do cholery jakimiś aktorami, którzy odgrywali scenę, byliśmy sobą. Byliśmy zakochani, ale nieświadomi.  To może nie być nawet sama miłość, lecz coś mniej lub coś więcej, ale o wiele bardziej istotniejszego niż nam się wydaje. Odeszliśmy w ciche miejsce, czułam już w powietrzu kłótnię...
- Dlaczego to zrobiłaś!? - Zaczął mną potrząsać patrząc głęboko w oczy.
- Przestań! Zrobiłam to bo uważałam, że robię najistotniejszą rzecz na świecie. - Odpowiedziałam pewnym głosem.
- Jak mogłaś mnie zbłaźnić przy wszystkich!? Dlaczego?!  - Jego dłonie delikatnie zsuwały się z moich ramion, a twarz przybrała grymas gorzkiego smutku.
- Ta rozmowa zaczyna mnie nudzić.. - Dodał po chwili.
- Bo jest niewygodna dla Ciebie? - Spojrzałam na niego ze złością i z żalem jednocześnie. Jak mógł nawet nie podziękować. Nie rozumiałam kim on jest. Raz jest dobrze raz źle, jak na karuzeli. A ja właśnie czuję, że zwymiotuję od zbyt dużej prędkości.
- Nie! Caroline! Bo ja już taki jestem! Zrozum! Nigdy nie będę aniołem! Nie naprawiaj mnie, bo prędzej pozbawię Cię życia! - Odpowiedział ze łzami w oczach.
- Kocham Cię, czemu ciągle o tym zapominasz?! - wykrzyczałam, zatrzymał się w połowie kroku, nadal stał do mnie odwrócony plecami, wyobrażałam sobie jak zaciska oczy w bólu, ale to nie miało znaczenia. Chciałam tylko żeby było dobrze, żeby było jak kilka godzin temu.
- To Ty cały czas o tym zapominasz! Starasz się mnie nawracać wbrew mojej woli! - Odparsknął zdenerwowany. Przygryzłam nerwowo wargi i trudem powstrzymałam łzy.
- Tak bardzo Cię nienawidzę, gdy tak mówisz, gdy myslisz w ten sposób! Gdy patrzysz na mnie tak jak teraz! Nienawidzę Cię tak bardzo! - Puściły mi nerwy. Przechylił głowę w niedowierzaniu i zacisnął pięści. Teraz, właśnie w tym momencie bałam się, że mnie skrzywdzi.
- Pamiętaj, że gdy teraz odejdziesz, to już nie ma powrotu, bo dałam Ci szansę, a ty ją zaprzepaściłeś! Chcesz nas niszczyć? Proszę bardzo, ale nie licz na kolejne wybaczenie. Zlustrowałam go wzrokiem pełnym łez, które udało mi się schować. Przyjęłam maskę dumnej dawnej Caroline, chyba tak było łatwiej. Łatwiej było nie być sobą w tej chwili.
Pożegnałam się z Eleną, Stefanem udając że wszystko jest w porządku.
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się w domu. Nie było nikogo, byłam wykończona dzisiejszym dniem, jedyne co zdołałam zrobić to napisać kilka niemrawych słów, które chciałabym móc wypowiedzieć mu prosto w twarz, wypowiedzieć je też samej sobie i uświadomić sobie rzeczywistość. Zaczęłam bazgrać na kawałku papieru słowa, których już żałuję.

''Nie potrafię przekazać Ci tego w inny sposób niż ten, mam nadzieję, że zrozumiesz w jakiej sytuacji się znajduję, w jakiej oboje się znajdujemy.
Dziś uświadomiłam sobie kim jestem teraz, a kim byłam kiedyś. Kim nie będę mogła być będąc z Tobą...
Utknęłam w dziwnym labiryncie własnych myśli, przekonań, własnego sumienia..
Moja moralność umiera
Moja wrażliwość otwiera drzwi złu
I nawet okropna chęć naprawienia Ciebie, nie potrafi przebić się przez mur przyzwoitości jaką powinnam zachować
Jak daleko to zabrnie, nim stracę siebie samą
Czy tego chcę? Czy powinnam porzucić wszystko w imię miłości?
Bo prawda choć głupia jest taka, że nie potrafię żyć bez Ciebie
Jestem cholerną szczęściarą, że miałam możliwość ujrzenia Cię takim jaki jesteś naprawdę
Miałam możliwość zrozumienia tego wszystkiego czym się kierujesz
Siedzisz w mojej głowie od czasu, gdy mnie uratowałeś
Gdy zrobiłeś to tak wiele razy
Gdy uratowałeś każdą część mnie, w każdy możliwy sposób 
I chcę, abyś wiedział, że to nie Twoja wina, bo jedyną osobą która mnie niszczy, jestem ja sama.
Caroline .''

czwartek, 18 października 2012

Rozdział 10

Moi Kochani...Przepraszam za tak długą nieobecność, nic mnie usprawiedliwia, wiem! :(
Jestem zawalona pracą, nauką i innymi obowiązkami których nie mogę zaniedbywać. Naprawdę ogromnie przepraszam za nieobecność. Nawet nie wiem czy ktoś w ogóle nadal czeka na nowy rozdział, czy może już sobie odpuściliście. No nic, mam cichą nadzieję, że jednak ktoś przeczyta te dzisiejsze wypocinki.
Nie zamierzam kończyć z pisaniem! wręcz przeciwnie :) Zaczął się co prawda 4 sezon i każdy jest skupiony na nowych odcinkach, na swoich ulubionych bohaterach, a poboczne opowiadania mogą was nie interesować, liczę się z tym, ale mam nadzieję że nadal będę mogła mieć tę przyjemność uzupełniania waszego czasu raz w tygodniu nowym rozdziałem :) (może nawet dwa razy) ;) wszystko teraz zależy od was.
Mam do nadrobienia mnóóóstwo waszych pięknych opowiadań, więc muszę jakoś rozplanować sobie kilka dni i wziąść się do roboty!:)
Mile widziane są również wasze powiadomienia w komentarzach o nowych wpisach, będzie mi o niebo łatwiej.
Jeszcze co do KLAROLINE, wiecie co? Nie wiem jak wy, ale ja po ostatnim wywiadzie z Josephem i Candice dla bodajże zap2it, jestem niemalże pewna w 100% że Klaus i Caroline to będzie epicki romans 4 sezonu :D może nie tak prędko jak byśmy tego chcieli, i może niestety nie na zawsze, ale czuję, że dostaniemy to czego chcemy od tak dawna!:) Musi tak być!
Dobra, przechodzę do rozdziału., który niestety jest krótki, bo nie mam pojęcia czy ktoś jeszcze mnie tutaj odwiedza.
Buziaki kochani :*



Rozdział 10.

''Mówią, że gdy miłość dotknie nas ten jedyny raz, najprawdziwszy raz i ostatni jaki mógł nas spotkać, to na wieki nie będziemy potrafili już żyć bez tej drugiej osoby... Coś w tym jest. Brak mi tchu gdy jesteś chociaż kilka kroków dalej. Dziś, moja nadroższa, czuję że spotkała nas ona, na drodze egzystencji chwyciła nas za ramię i odwróciła do siebie niesprawiedliwa, bolesna ale jakże wielka w swej prostocie miłość...
Kocham Cię Caroline, choć to słowo to zbyt mało, byś wiedziała jak ważna dla mnie jesteś..


Klaus.''


Nastał poranek, nocy nie jestem w stanie sobie przypomnieć, zbyt wiele emocji, kochaliśmy się jak szaleńcy.
Obracałam skrawek pergaminu, który Klaus zostawił na pościeli. Przeciągnęłam się by rozprostować kości. Promienie słoneczne padały na aksamitną i błękitną pościel, która nadal unosiła Jego słodki zapach, był mieszanką wybuchową tajemnicy, szarmanckości, niebywałej dojrzałości i.. i .. OGROMU seksapilu. Boże! Caroline opanuj swój popęd bo zwariujesz! Potrząsnęłam głową by ocudzić emocje, ułożyłam kosmyk włosów za ucho i okryłam swoje ciało jego koszulą. Podciągnęłam szerokie i zdecydowanie za wielkie rękawy pod nos, przymknęłam subtelnie powieki i czułam miłość. Podeszłam do okna rozanielona, nigdy wcześniej z nikim innym nie czułam się tak wyjątkowa, tak tak.. ważna. Byłam nastolatką, pełną idiotycznych pomysłów nie mających tak naprawdę sensu, a teraz .. teraz jestem.. - Spojrzałam w okno i upiłam łyk złotej cieczy.
-Kobietą. - westchnęłam dumnie do siebie i oblizałam usta z kilku kropel trunku.
Odłożyłam szklankę na miejsce i wzięłam się za sprzątanie ogromu bałaganu, którego byliśmy autorami, kilku rozbitych wazonów i potarganych zasłon. Usmiechnęłam się łobuzersko do wspomnień wczorajszej nocy i kontynuowałam. Nie mogłam bujać w obłokach, bo nigdy bym tego nie sprzątnęła.
Podnosiłam ubrania i układałam je w kostkę. Potem przyszedł czas na zasłony. Zdjęłam te bezużyteczne i założyłam nowe, świeże w kolorze lawendy. Ułożyłam ręcę na biodrach i westchnęłam.
-No Caroline! NIezła robota! - Potrząsnęłam dłońmi o siebie i zatęskniłam. Za nim. Poczułam ukłucie jego nieobecności, które nie zdawało się odpłynąć w nieznane. Co za uparte uczucie! Pomyślałam. Chwyciłam komórkę w dłonie i wybrałam numer Klausa.
- Abonent jest czasowo niedostępny, proszę zadzwonić później
- Świetnie! - Mruknęłam nerwowo i odłożyłam telefon na miejsce.
- Mamy całą wieczność, Caroline. - Poczułam gorący oddech na szyji i ciepłe dłonie na talii. Przymknęłam oczy z rozkoszy i przygryzłam lekko wargę. Klaus niesamowicie mnie rozpraszał. Odwróciłam się a On patrzył na mnie tym swoim łobuzerskim uśmiechem. Rzuciłam nim na łóżko i zaczęłam obdarowywać pocałunkami. Każdy jeden odwzajemniał z większą siłą i namiętnością, ale nadal był przy tym niesamowicie delikatny i subtelny. Byliśmy jednością, słodkim duetem, który nie śnił się nikomu wcześniej.
Ułożył swoją dłoń na mojej talii i obrócił, teraz ja byłam pod Jego kontrolą. Zaczął łapczywie rozpinać kilka małych guzików koszuli, która okrywała moje ciało. Nie przestawał, na zmianę przejmowaliśmy kontrolę nad sytuacją, ale ja chyba nigdy nie nauczę się cierpliwości i opanowania, jakie On posiada.
- Co za dużo to nie zdrowo. - Mruknął mi do ucha i pocałował czule w obojczyk.
- Kocham Cię. - Odparłam i wtuliłam się w niego całą sobą. Byłam tak bezpieczna, tak spokojna, że mogłabym przespać całe wieki w jego ramionach.
- Gdybym powiedział, że i tak kocham Cię mocniej, co byś odpowiedziała? - Głaskał mnie po głowie, oczekując odpowiedzi. Uśmiechnęłam się delikatnie do siebie, przypomniałwszy o jego uroczym liście, który rano zostawił. Spojrzałam mu głęboko w oczy chcąc rozwiać Jego obawy o moje uczucia, bo wtedy byłam pewna, że zadał to pytanie, żeby dowiedzieć się jak zareaguje. Pochwyciłam Jego podbródek w dłoń i odpowiedziałam.
- Odpowiedziałabym, że Cię kocham, a to i tak zbyt mało, żebyś wiedział jak ważny dla mnie jesteś... - Spoważniał w jednej chwili, mięśnie na Jego twarzy się rozlużniły, patrzył przez kilka sekund prosto w moje oczy, pełne pewności  wypowiedzianych słów. Zauważyłam jedną małą łzę, która pojawiła się w jego oku, Patrzył dokładnie tak samo jak wtedy, gdy uratował mnie przed Alarickiem. Kochałam to spojrzenie. Nie odpowiedział nic, tylko pocałował mnie najdelikatniej jak potrafił i przytulił do siebie z całych sił, jak gdyby nie chciał żebym gdziekolwiek uciekła. Nigdzie nie zamierzałam, bo przy nim jest moje miejsce. Od zawsze było, i będzie tylko ja tego nie zauważałam.

środa, 5 września 2012

Rozdział 9

Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału, ale nawaliła mi klawiatura i kilka przycisków odmówiło posłuszeństwa, co za tym idzie, co chwilę muszę kopiować litery ze schowka :|
Dodatkowo jeszcze nie ochłonęłam po zwiastunie 1 odcinka TVD!!!:D
Tych którzy jeszcze nie widzieli odsyłam tutaj -> http://www.youtube.com/watch?v=n1HAb34nBKI

CAROLINE

Mówią, że egzystencja wampira kończy się podczas wbicia kołka. Cóż, mam odmienne zdanie na ten temat. Dla mnie skończyła się ona właśnie dziś. Zaprzepaściłam największą szansę jaką mogłam kiedykolwiek dostać od losu. Zmarnowałam 2 lata, by być z kimś kto nie był nawet wart mojej uwagi. Jak mogłam być tak ślepa, tak bezmyślna? - westchnąwszy do siebie skierowałam się w ostatnią przecznicę, która prowadziła do Gilbertów. Miałam dokładny plan, Elena wymazuje najgorszą część mojego życia, zapominam o Klausie... chwileczkę, dlaczego najpierw pomyślałam o pierwotnym? - Zszokowałam się w sobie i pokiwałam głową by otrzeźwić umysł. Kilka metrów dzieliło mnie od mojej przyjaciółki. Zastanawiałam się, czy czasem nie będzie to dla niej problemem, może będzie chciała odwieść mnie od tego, tak napewno będzie chciała mnie pouczać, ale jedno wiem na pewno, nie wyjdę stąd dopóki nie pozbędę się tego ciężaru. - Pewnym krokiem podeszłam do drzwi. Nie zdążyłam nawet zapukać, Elena chyba mnie usłyszała.
- No wreszcie! Stęskniłam się za Tobą!  - Przywitała mnie serdecznym uściskiem i wskazała na salon gdzie jak zawsze siedzieli Salvatorowie. weszłam niepewnym krokiem bacznie obserwując ich wyrazy twarzy. Ironiczny zły Damon, dobry ale czasem zbyt potulny Stefan i ja.. największa ofiara losu Mystic Falls. Usiadłam na kanapie w nadziei, że bracia zorientują się i wyjdą.
- Słuchaj Elena.. mam do Ciebie sprawę i... wolałabym porozmawiać na osobności. - Zasugerowałam delikatnie, patrząc na sarkazm malujący się na twarzy Damona. Stefan tylko podniósł ręce w geście poddania i poklepał mnie po ramieniu. Musiał domyślać się, że coś jest nie tak. Elena obdarzyła braci wymownym spojrzeniem, i oboje wyszli.
- Napijesz się czegoś? - Powędrowała szybkim krokiem w stronę lodówki i wyjęła dwa obfite woreczki z lodowatą krwią. Pokręciłam nosem, nie lubiłam zimnej czerwonej cieczy, może tylko z wódką, ale tylko czasem.
- Herbatę.. jesli to nie problem. - Obdarzyłam Elenę serdecznym uśmiechem, w nadzieji że nie będę musiała katować się schłodzonym napojem. Podbiegła i zasiadłwszy obok na sofie wbiła słomkę do swojego woreczka i zaczęła mi się przyglądać ze zmartwieniem.
- Hej...Co się stało? - Pogłaskała mnie po pukli loków, dodając otuchy i zachęcając do otworzenia się i wygadania. Po chwili zaczęłam kleić zdanie po zdaniu wpatrując się niemo w dywan.
- Nie daję już rady Eleno... - Podniosłam wzrok pełen łez. Dziewczyna westchnęła chcąc mi chyba przerwać, ale musiałam kontynuować.
- K..Klaus, On.. zabrał mi połowę duszy i egoistycznie katuje każdego dnia swoją nieobecnością. - wymamrotałam ocierając policzek nasączony słonymi łzami.
- Ale przecież mówiłaś, że jesteś pod Jego urokiem, to normalne że odczuwasz to wszytko, zmanipulował Cię. - Dodała, a ja przełknęłam nerwowo ślinę, okłamywanie mojej przyjaciółki było straszne, ale nie mogłam się przyznać, że nie było żadnego uroku.
- właśnie dlatego tu przyszłam. - Kontynuowałam, objęłam jej dłoń i spojrzałam z błagalnym wzrokiem. Miałam nadzieję,  tak wielką nadzieję, że dziś w końcu będę mogła zapomnieć. Elena patrzyła na mnie w zastanowieniu przez dłuższą chwilę.
- Boże.. T..Ty Chcesz zapomnieć? - westchnęła zaniepokojona i pełna współczucia. Przytaknęłam twierdząco głową. Cała drżałam, łzy płynęły niczym dwa wodospady. Kochałam go, ale nie mogłam pozwolić, by to dłużej trwało.
- Oczywiście, ale.. Jesteś pewna Caroline? - Uniosła mój podbródek i spojrzała głęboko w oczy.
- Jestem. - Odpowiedziałam z uśmiechem wdzięczności, ale jednocześnie żegnałam się w sobie z każdym jednym cudownym wspomnieniem, każdą jedną chwilą z Klausem z Tylerem... Nienawidziłam siebie za to, że tak bardzo mi zależy, że tak mocno potrafiłam pokochać.

KLAUS

Przez całą drogę miliony wspomnień o mojej słodkiej Caroline nie pozwalały mi oddychać.
Czy zdąże? Muszę, nie ma innej możliwości, gdybym ją stracił, a Ona zapomniałaby to wszystko co było między nami, to.. - zacisnąłem dłonie w pięści i przyspieszyłem kroku. Mijałem oświetlone zakamarki Mystic Falls, kilku pijanych kierowców i wracających starszych ludzi z wieczornych spacerów. Uśmiechnąłem się do siebie patrząc na parę starców, prowadzili się ramię w ramię, do końca. Mnie to nigdy się nie przytrafi. - pomyślałem w duchu, a kilka metrów dzieliło mnie już od Gilbertów i mojego jedynego powodu życia.
Moja determinacja osiągnęła taki poziom, że byłbym gotów wyszarpać narządy każdego, kto się natrafi.
Podszedłem pod okna wielkiego białego domu, w pomieszczeniach było jasno, czyli moja kochana Caroline jest u Gilbertówny. wytężyłem słuch ale żaden dzwięk nie zdołał pokonać bariery. Coś nie tak... - Przygryzłem wargi i pewnym krokiem podszedłem do drzwi i zadzwoniłem.
Przede mną wyrosła postać Eleny, przechyliła głowę w zastanowieniu opierając jedną dłoń o framugę drzwi.
- Tak? - Zapytała unosząc brwi.
- wiem, że tutaj jest. - Odpowiedziałem pewnie, patrząc jej prosto w oczy, w nadziei że dziewczyna pozwoli mi wejść do środka. Nie zamierzałem robić problemów, chciałem tylko zatrzymać moją miłość.
- Posłuchaj... - Zaczęła zamykając za sobą cicho drzwi i oparłwszy się o nie dłońmi.
- Błagam.. pozwól mi wejść. - Przerwałem.
- Jak śmiesz tu przychodzić..? - Dziewczyna zmarszczyła czoło i obdarzyła mnie złowrogim spojrzeniem. Nie miałem pojęcia o co chodziło.
- Nie rozumiem, proszę abyś mnie wpuściła raz jedyny, potem możesz zaczarować to miejsce, wezwać Bonnie, nie wiem, cokolwiek. Obiecuję, że nie mam złych zamiarów. - Zauważyłem pewnie.
- Zauroczyłeś ją! Pozbawiłeś Tylera, jak mogłeś? - wycedziła mi prosto w twarz.
- Co?! - Odparłem zszokowany, nie zauroczyłem Jej przecież! To była ostatnia rzecz jaką mógłbym zrobić.
- Idź do diabła! - Odparsknęła i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.
- Caaaaroline? -  w tle udało mi się usłyszeć głos Eleny. Pewnie za chwilę wymaże Jej wspomnienia, a ja będę świadkiem, który nic nie może zrobić.
- Nie... - westchnąłem gładząc mahoniowe drewno dłonią, wiedząc że tuż za nim jest mój sens istnienia, który właśnie przestaje nim być.
- Klaus... - Przełknąłem ślinę, to nie mogło się dziać, usłyszałem za mną głos mojej małej Caroline. Odwróciłem się powoli. Stała kilka kroków ode mnie, z kamienną twarzą, po której spływało kilka drobnych kropel łez. Powoli stawiałem kilka kroków w jej stronę. Podszedłem i objąłem jej smutną twarz w swoje dłonie i złożyłem na Jej ustach subtelny pocałunek. Po chwili wpijałem się w Nią coraz gwałtowniej i pewniej. Była przy mnie, czułem jej istnienie całym sobą. wplotłem ręce w jej złote pukle włosów i przywarliśmy do siebie jeszcze mocniej. Na moment przerwałem, by spojrzeć w jej oczy pełne radości a zarazem smutku.
- Za każdym razem gdy byłeś obok, cz..czułam jak gdyby brakowało mi oddechu, jakbym dusiła się tym uczuciem, i chociaż wypierałam to z całej siły, to..to tak chyba wygląda miłość..Poddałam się. - wyjąkała przez śmiech szczęścia ocierając wierzchem dłoni swój policzek.
- Nie wierzę, że to się właśnie dzieje...Jesteś moim aniołem, kocham Cię Caroline, tak bardzo Cię kocham. - Ponownie wpiłem się w jej usta i łapczywie kradłem jej pocałunki, odwzajemniała każdy jeden narzucając coraz szybsze tempo. Nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się w jej domu, w jej pokoju...

piątek, 24 sierpnia 2012

Rozdział 6.

Cześć kochani, cudem wykaraskałam się z rodzinnej posiadówki mam trochę spokoju i przybywam z 6 rozdziałem, który napisałam dziś w nocy.
Z dedykacją dla czytelników :)

 ***

Widok na pół martwej potężnej czarownicy przysparzał mnie o zakłopotanie. Rozejrzałam się wokoło, by w razie potrzeby wyeliminować, czy też wymazać wspomnienie potencjalnemu świadkowi tego zdarzenia. W oddali nie rysowało się jednak nic, prócz skąpanej mrokiem okolicy.
Wypuściłam jej wciąż tętniące życiem ciało na ziemie i spojrzałam histerycznie na swoje splamione brunatną cieczą dłonie. Mój oddech natychmiast przyspieszył, twarz nabrała typowego grymasu strachu. Przyciągnęłam opuszki palców pod swoje usta delikatnie plamiąc nimi twarz. Przymknęłam oczy i mimowolnie oddawałam się euforii i marzeniu, w którym mogłabym ostatecznie zabić Esther i wpić się w jej tętnicę wyssawszy ostatnie krople życiodajnego płynu. W porę na szczęście opamiętałam swoje myśli i dotarła do mnie informacja o śmierci Klausa, która natychmiastowo otrzeźwiła mój umysł.
Spojrzałam na moją ofiarę z litością, nie chciałam jej tego zrobić, ale jedyne co mną wtedy  kierowało to gniew. Zdumiona faktem, że byłam w stanie zamordować osobę, która odebrała życie największemu złu chodzącemu po tym świecie, sprawiło, że zaczęłam zachodzić w głowę, czy jestem normalna... W rzeczywistości to powinnam była być jej wdzięczna...Być może to wszystko i ja sama jestem częścią jakiegoś kolejnego chorego planu Klausa i zostałam zauroczona... Tak, westchnęłam cicho do siebie. To musi tak być. Nie przemienił by się nagle w nieskazitelnego baranka, bez grzechu. Z zadumy wyrwał mnie jęk umierającej Mikaelson.
- Zabij mnie... - Spojrzałam szybko na Esther, ta tylko ledwo łapała oddech. Nie wiedziałam co mam zrobić, przykucnęłam i spojrzałam raz jeszcze na swoje splamione dłonie, odepchnęłam daleko myśl o wpiciu się w jej szyję i nagryzłam swój nadgarstek, przytykając go silnie pod usta czarownicy.
***
Zaciągnęłam jej obezwładnione ciało do lochów, sporo ważyła... Gdybym była człowiekiem, pewnie z nadmiaru ciężaru i przebytych kilometrów, pęknąłby mi kręgosłup, albo w najlepszym wypadku przysparzyłabym sobie bólu krzyża do końca życia. Odgarnęłam kosmyk z twarzy i przetarłam wierzchem dłoni resztki zaschniętej krwi.
Usiadłam przy Esther podkuliwszy nogi pod brodę. Przez mój umysł przepływało tysiące sygnałów, które powoli wskazywały mi kierunek myślenia. Moja sympatia do Klausa, a nawet sekretna fascynacja nim nie pasowała mi do całego stanu rzeczy. Czułam to wszystko w sobie, ale moje ciało i umysł w tym samym czasie wszystko to wypierały. Coś było nie tak. Jakbym nie była zesynchronizowana z tym wszystkim, jakby to działo się obok mnie, a ja byłam tylko widzem, który ogląda jakiś psychologiczny film i stara się rozszyfrować co bohater tak naprawdę myśli.
Czarownica nadal była w trakcie przemiany. Kilka razy poruszyła palcem wskazującym, jakby człowieczeństwo właśnie z niej ulatywało. Doskonale pamiętam swoją przemianę. Byłam nieprzytomna, nie reagowałam na nic i choć miałam zamknięte powieki, to czułam tysiące ostrzy przemierzających mój krwioobieg, widziałam swoją przeszłość, każdą piękną chwilą i każdą tę złą, najgorsze w tym wszystkim jest podwojenie odczuwania. Gdy dane zdarzenie miało miejsce w przeszłości, to w momencie gdy ukazywało się ono w trakcie przemiany odczuwałam je dwukrotnie mocniej. Słowa i czyny które mnie wtedy tylko raniły, gdy się przemieniałam, sprawiały niewyobrażalne katusze.
Świadomość, że Klaus nie żyje była strasznie przytłaczająca, nie wiedziałam co się dokładnie wydarzyło, czułam się jak mała dziewczynka, której specjalnie oszczędzono najistotniejszych szczegółów. Musiałam udać się do posiadłości Mikaelsonów, ale nie mogłam pozostawić Esther, gdy przemiana jeszcze się nie dokończyła.
Po kilkunastu godzinach spędzonych w lochach, nastawał powoli świt. Wysunęłam lekko głowę, by móc zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Esther nagle się przebudziła. Czyli przemiana dobiegła końca. Spojrzałam uważnie na kobietę, starając się nie ukazać żadnych emocji, które mogłyby ją rozwścieczyć. Spojrzała na mnie męczeńskim wzrokiem, który dotknął mnie głęboko w środku. Esther przeze mnie cierpiała. Pozbawiłam człowieczeństwa najpotężniejszą wiedźmę na świecie. Z jednej strony napawało mnie to dumą, ale sumienie dawało się we znaki o wiele bardziej. Wiedziałam, jak bardzo nienawidzi swoich dzieci, za to, że sama zrobiła z nich potwory. A ja dołożyłam jej to samo.
Odsunęłam się gwałtownie do tyłu, wykorzystałam okazję, że nowo przemieniona nie posiada pierścienia. Obróciłam się za siebie i zobaczyłam, że kilka kroków dalej słońce przedziera się do lochów. Stanęłam więc w promieniach, a czarownica stanęła tuż przede mną, nie mogła zrobić kroku do przodu, bo jej twarz od razu zaczynała delikatnie płonąć. Postanowiłam więc opuścić lochy, wiedząc że bez pierścienia nie da rady się wydostać.
***
Znalazłam się przed domem Mikaelsonów, otworzyłam niepewnie furtkę i podeszłam do drzwi. Uniosłam ściśniętą dłoń, by zapukać, ale zatrzymawszy ją w powietrzu, przygryzłam wargę i ułożyłam na szybko krótki plan w głowie. Zapukałam trzy razy, nie wiedząc co zobaczę, co mnie czeka i czy wyjdę w ogóle stąd żywa.
Przede mną wyrosła postać pięknej blondynki o szlachetnej urodzie. Włosy miała gładko ułożone, a jej granatowa sukienka idealnie podkreślała jej ponętne kształty. Wyraz jej twarzy zawsze wyraźnie mówił ''Wiem ile znaczę, nie zadzieraj ze mną bo i tak polegniesz'' Spojrzałam na nią od stóp do głów i trochę byłam zazdrosna. Była piękna i była moim zagrożeniem. Przywołałam się do porządku i oczekiwałam reakcji.
- Och.. to Ty - Westchnęła z sarkazmem, przechyliłam lekko głowę, na zaakcentowanie ''Ty'' nie podobało mi się to.
- Jak widzisz, zastałam Twojego brata? - I tutaj zaczął się mój misterny plan, udałam, że nie wiem o jego śmierci.
- Cóż... Jest, ale.. - Zaczęła tajemniczo, przybliżywszy swoją twarz do mojej z ironicznym uśmiechem.
- Ale co? Zapomniałaś nagle języka w gębie? - Odwarknęłam, by dłużej nie ciągnąć tego irytującego dialogu i dowiedzieć się co jest grane.
- Może być trochę... że tak powiem... wyschnięty. Także nie oczekuj zbyt wiele. - Rzuciła sarkastycznie i uchyliła mi drzwi. Całe szczęście, że nie widziała mojej twarzy, bo malował się na niej ogromny szok. KLAUS ŻYJE. Dlaczego więc jego matka powiedziała, że go zabiła? Nie rozumiałam...
- Więc... Gdzie jest? - Odwróciwszy się do dziewczyny, skrzyżowałam ręce na piersi oczekując odpowiedzi.
- Mówiłam już... Nie oczekuj zbyt wiele. Kol! - Rebekah podeszła do mnie i wskazała dłonią na salon.
- No na co czekasz? - Zapytała ironicznie. Przywołałam się do porządku i podążyłam za dziewczyną.
Nie chciałam się rozgaszczać, ani prowadzić sztucznych rozmów z Rebekah, bo nie po to tu przyszłam. Stanęłam przy kanapie i czekałam na rozwój wydarzeń.
- Proszę bardzo siostrzyczko. Oto i jest. - Do salonu wjechała lśniąca czarna trumna. Kol podjechał z nią i ustawił tuż przede mną. Odchodząc i obrzucając mnie tym swoim wrednym uśmieszkiem. Rozchyliłam lekko usta w niedowierzaniu i od razu spojrzałam pytająco na Rebekah.
- Boli, co? - Odpowiedziała z wyraźnym zadowoleniem.
- Co.. co wyście zrobili?! - Rozszerzyłam usta w niedowierzaniu. Dziewczyna powzięła swoje filigranowe ciało z kanapy i z gracją do mnie podeszła.
- Przez całe życie musiałam robić to co on chciał, a gdy się sprzeciwiałam jego rozkazom kołkował mnie na kilkaset lat. Ale skończyło się. Nie jestem już dłużej jego marionetką. Ja i moje rodzeństwo nie musimy już dłużej uciekać. - Wyszeptała mi stanowczo do ucha.
- Zostawię was samych, domyślam się, że tego właśnie oczekuje kolejna zabaweczka Klausa. - Odwróciwszy się zamknęła z gracją drzwi i wyszła. Przejechałam dłonią po idealnej konstrukcji, nie posiadała żadnych zarysowań, była idealnie aksamitna. Wzięłam głębokie trzy oddechy i delikatnie otworzyłam jej wieko. Pierwotny leżał w bezruchu z wbitym kołkiem w splot słoneczny. Ręce miał skrzyżowane na piersi, a jego ciało obezwładniały tysiące mosiężnych łańcuchów. Leżał tak spokojnie, jak gdyby spał. Przysunęłam swoją twarz bliżej, by móc zrozumieć to co Rebekah wcześniej mi powiedziała.
- Wyrządziłeś tak wiele zła wszystkim dookoła, jakim cudem uległam Twojemu urokowi? To nie miało prawa wyjść samo z siebie. Musiałeś maczać w tym palce, nigdy nie zaufałabym komuś takiemu jak Ty, to jest zwyczajnie niemożliwe. - Wpatrywałam się ze złością w jego spokojną twarz. Gdy zaczęłam kontynuować, rozchylił delikatnie powieki. Odsunęłam się gwałtownie o kilka centymetrów. Żyje. To mnie uspokoiło, chociaż batalia w moim umyśle wciąż narastała. Z jednej strony chciałam go jak najprędzej uwolnić, a z drugiej, napawałam się widokiem jego bezradności. Mózg powoli eksplodował z braku racjonalnego wyjścia. Błądziłam jak we mgle nie mając pojęcia co zrobić. Podeszłam w zdenerwowaniu do okna i przyłożyłam dłoń do czoła w kompletnej bezradności. Starałam się znaleźć jakieś rozwiązanie, które nie ugodziłoby w moje uczucia względem Niego. Ponownie zbliżyłam się do wieka.
 Patrzył na mnie ze spokojem, jakiego kompletnie się nie spodziewałam...  Nie zauważyłam w jego spojrzeniu żadnego błagania o pomoc, ani o jakąkolwiek reakcję. Po prostu patrzył. Jak gdyby chciał zapamiętać moją twarz. Od razu poczułam ukłucie w sercu, moja dobra strona uczucia jakim go darzę odezwała się mimowolnie. Przysunęłam dłoń do jego policzka i delikatnie musnęłam opuszkiem linię szczęki. Zamrugał tylko 3 krotnie. Ściągnęłam czoło i przełknęłam głośno ślinę. Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho i wytężyłam swój wampirzy słuch. Cisza. Rodzeństwa chyba już nie było w posiadłości, albo byli czymś zajęci. Spojrzałam na Klausa i wyszeptałam.
- To jest szaleństwo, nie wiem dlaczego to robię, ale robię. - Szybkim ruchem wyjęłam kołek z serca Pierwotnego i rozerwałam łańcuchy obezwładniające jego ciało. Po chwili głośno westchnął nabierając powietrza i natychmiast powstał z pozycji leżącej.
Odsunęłam się kilka kroków w tył, zahaczając o stolik który stał za mną. Ułożył swoją dłoń na piersi i zaczął przypominać sobie co się wydarzyło. Spoglądałam na niego uważnie, nie wiedząc w jaki sposób zareaguje. Uniósł powoli wzrok i spojrzał na mnie w sposób jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam z jego strony. Pojedyncza łza spłynęła mu po policzku, wyraźnie dało się zauważyć, jak toczy wewnętrzną walkę z samym sobą. Podszedł do mnie i chwyciwszy subtelnie moją twarz w swoje dłonie, przyciągnął mnie do siebie i przytulił z całej siły. Odwzajemniłam uścisk, delikatnie oplatając swoje ręce wokół jego tułowia. Nie byłam pewna, co tak naprawdę dla Niego znaczy tego typu gest...
 - No nie! Kol? Widzisz to co ja...? - Natychmiast wyzwoliłam się z uścisku Nika i spojrzeliśmy w stronę drzwi. Rebekah przybrała grymas krwiopijcy, wyszczerzyła swoje kły i w wampirzym tempie znalazła się tuż przede mną. Zmrużyłam lekko oczy, oczekując ataku. Słyszałam tylko bójkę pomiędzy Klausem a Jego siostrą. Wampirzym tempem pochwycił kołek, który jeszcze przed chwilą obezwładniał jego ciało i gwałtownie pozbawił życia swoją siostrę. 
- Słodkich snów, siostro. Było świetnie. - Przytrzymywał jej opadające powoli ciało, podbiegł do Kola i zauroczył go.
- Sprzątniesz ten bałagan, potem ubierzesz się w swój najlepszy garnitur, położysz w trumnie i sam zrezygnujesz ze swojego żałosnego egzystowania.
Stałam wmurowana w ziemię. Nigdy nie widziałam Klausa w akcji. Bez wyrzutów sumienia pozbawił życia swoją siostrę, a potem wysłał swojego brata na śmierć i to w dodatku, sam miał ją sobie sprawić. Rozchyliłam usta w niedowierzaniu, przetarłam policzek po którym spływała pojedyncza łza i skierowałam się w stronę wyjścia. Nie mogłam dłużej na Niego patrzeć, być w jego obecności. Słuchać jego głosu. Brzydził mnie. Każda jego cząstka nagle zaczęła mnie niewyobrażalnie irytować.
- Caroline, zaczekaj! Błagam - Pojawił się tuż przede mną z wymalowanym żalem na twarzy. Jak śmiał? Jak mógł patrzeć  mi prosto w oczy po tym co zrobił... Uratowałam go, a On na moich oczach zabił swoje rodzeństwo.
- Nie zamierzam z Tobą rozmawiać, zostaw mnie w spokoju, zejdź mi z drogi! - Odwarknęłam pełna agresji. Byłam gotowa zaatakować w każdej chwili. Nie dbałam o to, że zwyczajnie mógł mnie pozbawić życia w jednej sekundzie. Musiałam wyładować swój gniew i żal. Chwycił silnie mój nadgarstek i rzucił o ziemię, w taki sposób, że z powrotem znalazłam się w salonie. Podźwignęłam swoje ciężkie ciało, przybrałam grymas zabójcy i w odwecie rzuciłam się na Niego powalając go o lustro wiszące na przeciwko.
Posypało się w drobny maczek, a Klaus patrzył z niedowierzaniem w to co właśnie się działo. Nie mógł znieść, że zdołałam się przeciwstawić.
- Tego za wiele, księżniczko. - Zagryzł wargi i wampirzym tempie ponownie rzucił mną o posadzkę a potem przywarł mnie do ściany silnie uciskając za szyję. Jego oczy były pełne rozczarowania, wydawały się płonąć z agresji. Byłam pewna, że to mój koniec. Pomału traciłam oddech i kręciło mi się w głowie, ale wiedziałam, że i tak nie umrę w ten sposób. Po chwili odpuścił, a ja bezwładnie opadłam na ziemię. Moja dłoń machinalnie powędrowała w okolice szyi, która najbardziej oberwała.
Chwilę trwało, aż ból odszedł a rany się zagoiły. Podźwignęłam swoje ciało nie ogarniając jeszcze całego zdarzenia. Byłam w szoku, że przez cały czas dałam sobą manipulować. Że w ogóle zaczęłam tę naszą relację. Chwilę trwaliśmy w ciszy, Klaus stał tuż przede mną nadal przepełniony agresją. Podszedł bliżej ponownie chwytając moją twarz w swoje dłonie, tym razem bardziej agresywnie. Spojrzałam na niego z obrzydzeniem.
- Dlaczego tak wszystko utrudniasz!? Musisz przyjąć to takim jakie jest Caroline... Zaakceptuj w końcu to co do mnie czujesz! - Milczałam. Wiedziałam, że sprawiam mu tym ból. O to mi chodziło.
- Czyli teraz w ten sposób będziesz pogrywać, tak? Chcesz, żeby Twoja obojętność względem mnie, pozbawiła mnie zmysłów? Tak? Tego chcesz? - Odpowiedział psychopatycznym głosem, kierując na moment głowę w bok, jakby szukał odpowiednich słów, które zdołałyby mnie zatrzymać.
- Ale zapamiętaj. Jeszcze staniesz przed moimi drzwiami kiedy w końcu wszystko do Ciebie dotrze.
- Idź do diabła... - Wypowiedziałam zupełnie wypranym z wszelakich emocji głosem. Spojrzałam na niego ostatni raz przepełniona obrzydzeniem i żalem. Wyszłam z posiadłości zostawiając tym samym za sobą kawałek najgorszej historii w moim życiu, do której nie zamierzałam nigdy powracać.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Rozdział 5


KLAUS

Ta sytuacja była cholernie irytująca. Wiedziałem, że Gilbert i Salvatorowie najchętniej wbiliby w tej chwili mi kołek, na szczęście są zbyt słabi. Widok mojej cierpiącej Caroline przyprawiał mnie o zawroty głowy.
- Tyler! - Cicho westchnęła bliska płaczu, jeszcze jego tutaj brakowało. Hybryda chyba sobie nadal myślała, że ma jakieś prawo do mojej Caroline. Podniosła swoje ciało z łóżka i podeszła do swoich przyjaciół. Tyler zniknął. Następnie podeszła do Eleny błagając o wysłuchanie.
- N..Nie chcę Cię słuchać. - Odpowiedziała oschle Panna Gilbert i wyszła z hukiem z pokoju.
- Stefan... proszę zaczekaj, pozwól mi wytłumaczyć. - Zatrzymała mojego starego przyjaciela i starała się wybrnąć z tej sytuacji. Chciałem móc jej pomóc, ale tłumaczenie się Stefanowi było ostatnią rzeczą na jaką miałem wtedy ochotę. Chłopak agresywnie pochwycił ją za ramiona.
- Nawet nie masz pojęcia na co się godzisz, Caroline. Powstrzymaj to teraz. Potem będzie za późno, staniesz się kolejną jego zabawką!! - Szarpał ją coraz mocniej.
- Chyba się troszeczkę zapomniałeś kolego. - Natychmiastowo znalazłem się przed Stefanem i popchnąłem go z całej siły o ścianę. Obok stał Damon Salvatore ze swoim drwiącym uśmieszkiem.
- Ten widok przyprawia mnie o mdłości, nie zamierzam na to patrzeć.. - Odwrócił się z obrzydzeniem i poszedł za Eleną, obrzucając moją Caroline szyderczym spojrzeniem.
- Przestań Klaus! Słyszysz?! Proszę! Przestań! - Krzyknęła starając się nas rozdzielić. Spojrzałem na nią i chociaż chciałem w tamtym momencie wyrwać mu wszystkie kończyny i ostatecznie się go pozbyć. Powstrzymałem się. Jej smutna twarz przepełniona strachem i żalem, sprawiła, że się opanowałem.
Chwilę trwaliśmy w milczeniu, Stefan przyglądał się nam obojgu z zastanowieniem. Caroline tylko wykrzywiła twarz w bólu, starając się uzmysłowić mu, żeby ją zrozumiał. Ten jednak wyszedł. Zostaliśmy sami.
***
- Jak mogłeś?! - Krzątała się po pokoju w tę i z powrotem. Nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć rozwścieczonej i rozżalonej Forbes. Ten widok ściskał moje serce. Chciałem ją przytulić, pocieszyć, ale wiedziałem, że mogę tylko pogorszyć sprawę.
- Doskonale wiedziałeś, że to wszystko i tak jest dla mnie wystarczająco trudne, a jak zwykle musiałeś pokazać swoją wielkość, co? Nie mogłeś ten jeden raz trzymać swojego ego na miejscu! - Wycedziła prosto w moją twarz. Jej oczy zaszkliły się z rozpaczy.
- Caroline..  - Zacząłem spokojnie, unosząc ręce w geście poddania, żeby nie wyprowadzić Jej z równowagi.
- Nie mów już nic, wyjdź. - Nie patrzyła na mnie, spuściła wzrok na ziemię wskazując mi dłonią drzwi wyjściowe. Łzy napłynęły mi do oczu, przygryzłem nerwowo wargi, chciałem odwrócić to wszystko. Ale nie mogłem dać sobą pomiatać.
- Jak sobie życzysz. - Przeszedłem obok niej obojętnie, bez emocji. Na dole minąłem tylko Szeryf Forbes i pożegnawszy się, wyszedłem. Droga powrotna zdawała się ciągnąć godzinami, przez kilka kilometrów dochodził do mnie cichy płacz mojej małej Caroline, ale nie zawróciłem.
***
Otworzyłem z hukiem drzwi wejściowe, udałem się do salonu gdzie w spokoju siedziała Rebekah popijając złotą Whiskey.
- Niklaus? - Zapytała w szoku.
- Gdzie jest matka? - Odwarknąłem ściskając dłonie w pięści.
- Powinieneś być martwy.. - Odłożyła trunek na stolik i powolnym krokiem zbliżyła się do mnie w niedowierzaniu.
- Cóż, jak widzisz nie jestem. - Odpowiedziałem i skierowałem się do barku.
- Matka była pewna, że zaklęcie którego użyła na Forbes, sprawi, że umrzesz.
- Przestań Rebekah. To zaklęcie nie było ze mną powiązane. Chodziło o Caroline. - Upiłem spory łyk złotej cieczy.
- Nie! Nik.. Mylisz się! Zaklęcie miało na celu uświadomić Caroline, że nic do Ciebie nie czuje, matka była pewna, że tak właśnie jest! Ale gdy Hybryda jest przez kogoś darzona uczuciem, zaklęcie nie ma prawa zadziałać.
- To dlatego dziś u Caroline z niewiadomych przyczyn upadłem. - Spojrzałem na nią uważnie. Składając powoli wszystkie fakty.
- Gdzie jest Esther? - Odwarknąłem.
- Nie ma.. Wyszła kilka godzin temu. Co chcesz zrobić Nik?
- Potrzebuję Twojej pomocy, pomóż mi zniszczyć matkę, a obiecuję, że raz na zawsze przestaniemy się bać i będziemy rodziną. Bądź moją siostrą. Pomóż mi. - Odpowiedziałem z nadzieją, że Bekah zgodzi się na moją propozycję.
- Oczywiście, jak mogłabym Cię opuścić? - Odpowiedziała gładząc mój policzek.
- Zawsze i na zawsze Nik - Poczułem ostrze wbijające się prosto w mój splot słoneczny.

CAROLINE

Świetnie, jest o wiele gorzej niż przypuszczałam. Elena mnie nienawidzi, Stefan nie chce nawet wysłuchać, a Tyler? Dla niego już pewnie nie istnieje... - Pomyślałam i zeszłam na dół. Potrzebowałam krótkiego spaceru, żeby otrzeźwić umysł.
- Mamo, będę za jakieś 15 minut. - Krzyknąwszy, nałożyłam na siebie sweter i wyszłam.
Był już zmrok, pobliskie lampy oświetlały każdy zakamarek Mystic Falls. Lubiłam wychodzić nocą, wtedy łatwiej było myśleć.
Przeszłam kilkanaście jak nie kilkadziesiąt przecznic, minęłam dom Matta, Eleny i Mikaelsonów. Potem skierowałam się w stronę lochów, miałam nadzieję, że właśnie tam znajdę odpowiedź na większość pytań. Po raz pierwszy w życiu, nie miałam pojęcia dokąd ono zmierza. Jestem w pułapce, gdzie jedynym wyjściem jest jego brak. Utkwiłam w czarnym punkcie.
- Witaj Caroline! Co tutaj robisz o tej porze? - Odwróciłam się wytężywszy swój wampirzy wzrok. W oddali jawiła się postać dojrzałej wiekowej kobiety. Przypominała mi kogoś. Jej włosy sięgały do ramion, były idealnie ułożone, a twarz emanowała spokojem.
- Przepraszam, ale znamy się? - Krzyknęłam w przestrzeń przede mną.
- Zaczekaj na mnie, zaraz do Ciebie podejdę. - Odpowiedziała.
- Ach, to Pani. - Co robiła o tej porze w lesie matka pierwotnych? Zastanawiałam się.
- Chciałabym zamienić z tobą słówko kochanie, chodź. Przejdziemy się. - Odpowiedziała uradowana, nie widziałam jej nigdy w tak świetnym humorze.
- Wreszcie odetchnęłyśmy obie, co? - Pogładziła mnie po plecach rzucając tym swoim dziwnym matczynym spojrzeniem.
- Nie rozumiem.. - Odpowiedziałam uśmiechem.
- Rzeczy powoli powrócą do normy Caroline, obiecuję Ci to. Teraz gdy odpłaciłam naturze swoją winę. Nie musimy nadal mieć krwi bezbronnych ofiar na swoich rękach.
- Chwileczkę, al.. ale o czym Pani mówi? - Odpowiedziałam z zastanowieniem, miałam dziwne przeczucie co do tego zapewnienia.
- Doskonale wiesz, jesteśmy wolni. - Pogłaskała mnie dłonią po włosach i wolnym krokiem odeszła.
- Proszę zaczekać! - Odpowiedziałam w niedowierzaniu, czyżby moje obawy były słuszne? Co zrobiła Esther?
- Tak? - Odwróciła się przodem do mnie z wymalowanym spokojem na twarzy.
- Co miałaś na myśli, mówiąc że jesteśmy wolni? - Zapytałam. Powoli irytowała mnie ta rozmowa. Czemu nie powiedziała wprost.
- Zabiłam mojego syna, wreszcie zdjęłam piętno z naszej rodziny. - Odparła stanowczo, pełna podziwu dla swojego czynu.
- Co zrobiłaś...? - Wytrzeszczyłam oczy w niedowierzaniu i rozchyliłam lekko usta w szoku. Poczułam jak gniew gromadzi się w całym moim ciele, chcąc uparcie wydostać się na zewnątrz. Esther powoli odchodziła w swoją stronę. We mnie wzburzyła się agresja i wampirzym tempem znalazłam się tuż za kobietą. Przybrałam typowy dla nieśmiertelniczki wyraz twarzy, kilka żył spowiło moje okolice oczu i wpiłam się gwałtownie w szyję czarownicy.
Ta tylko bezbronnie opadła o ziemię.
***

To jest ostatni rozdział, który pojawił się tak szybko ;)
Przez kilka dni nie będę miała czasu, by coś napisać. Więc szóstego rozdziału spodziewajcie się dopiero w następnym tygodniu ;)
Z dedykacją jak zawsze dla wszystkich czytelników.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Rozdział 3.

 No to 3 rozdział już gotowy, mam nadzieję, że się spodoba ;)
Obiecuję, już nie będę więcej kombinować z szablonem, po prostu wcześniej nie odpowiadał mi schemat kolorów i musiałam je zmienić :D
Zapraszam do lektury.
 ***

''Nienawiść to popioły po wielkiej miłości.''
Walter Raleigh

CAROLINE

Przekreśliłam jedno, by móc ocalić drugie.
To prawda. Nienawiść to popioły po wielkiej miłości, kiedyś się z tym nie zgadzałam, a autora tego cytatu miałam za kompletnego idiotę. Co za ironia losu, dziś to zdanie bez problemu pasuje do mojej sytuacji. W głowie miałam ułożone dwa zdania, które skieruję do obydwóch hybryd.
Podeszłam niepewnie do Tylera i głaszcząc go po policzku zaczęłam swój monolog.
- Kocham Cię, ale... dziś wydarzyło się tak wiele, że zrozumiałam jak naprawdę wyglądał nasz związek Tyler. - Przygryzłam nerwowo wargę, by móc dalej kontynuować. Na jego twarzy powoli malowała się agresja.
- Nie rozumiem Caroline, co Ty wygadujesz? co Oni ci zrobili!? - Zaczął wyrywać się w kierunku Klausa i Esther, ale powstrzymałam go silnie chwytając za rękaw koszuli.
- Nic co mogłoby mnie skrzywdzić. Po prostu... nie mogę dalej być z Tobą, gdy przez większość czasu Cię przy ma. To tak nie działa. Czasem sama miłość to za mało. - Wymamrotałam powstrzymując się od płaczu. Musiałam przerwać właśnie teraz. Dalsza rozmowa mogłaby mnie złamać na pół. Tyler tylko patrzył z wściekłością raz na mnie raz na Klausa i Esther. Ominęłam go i podeszłam do pierwotnego.
Stał w drzwiach z żalem w oczach, ale też z wieloma pytaniami, na które tylko ja pewnie znałam odpowiedź.
- Klaus, słuchaj... - Zaczęłam niemrawo, gładząc go po koszuli. Przez moment nie miałam odwagi spojrzeć mu prosto w oczy. Wiedziałam, jak wiele to dla niego znaczy, ale nie umiałam pogodzić się ot tak z jego naturą, z nim samym.
- Jestem Ci naprawdę, naprawdę ogromnie wdzięczna i ... i żadne słowa nie wyrażą tego co czuję, ale... - Odważyłam się podnieść wzrok.
- Nie mogę patrzeć na Ciebie przez pryzmat kilku dobrych wydarzeń, gdy one tak naprawdę są w cieniu większości tych złych. - Patrzył na mnie z żalem, choć kilka razy przybierał maskę twardziela.
- Tworzysz dziwne hipotezy Caroline... - Odparł twardo, odwracając wzrok. Czułam, że chciał żeby ta rozmowa jak najszybciej dobiegła końca.
- Samo zaklęcie nie sprawi, że nagle stanę się matką Teresą i każdy Twój wybryk zwyczajnie puszczę w niepamięć. - Odpowiedziałam zmieniając ton głosu na nieco bardziej stanowczy i oschły. Zdawałam sobie sprawę, że i tak nigdy by nam nie wyszło. On i ja to jak Piękna i Bestia, ale w wydaniu dla dorosłych, gdzie jest krwawo, świat jest podły, a ludzie fałszywi. Duet nie do przełknięcia. Spojrzałam na matkę Klausa, nie wydawała się być zła faktem, że potraktowałam jej syna tak jak potraktowałam. Wręcz przeciwnie, na jej twarzy malował się delikatny uśmiech satysfakcji. Czy o to jej chodziło?
- I.. - Przytuliłam go pierwszy raz w życiu.
- Bez względu na to co do Ciebie czuję. Nie wymażę zła które przyniosłeś ze sobą do Mystic Falls. Przepraszam - Wyszeptałam i szybkim krokiem poszłam w swoją stronę zostawiając tym samym za sobą dwie Hybrydy, które w ten czy inny sposób, nigdy nie były mi obojętne.

KLAUS/ESTHER


Musiałem zostawić moją małą Caroline za sobą i skończyć z tą farsą. Nigdy nie była mi przeznaczona, tylko jak mogłem tak długo się oszukiwać? - Upiłem spory łyk Szkockiej. Języki ognia zdawały się być parą kochanków tańczącą ze sobą.
Tylko co dokładnie zrobiła Esther, to pytanie nie dawało mi spokoju.
Postawiłem szklankę z trunkiem na stoliku, przetarłem nerwowo wargi i szybkim krokiem poszedłem do matki.
Przeszedłem przez pokój, a ona stała w rogu szlifując jakimś materiałem jeden ze sztyletów.
- Co dziś zrobiłaś Caroline? - Warknąłem, a krew zaczęła burzyć się z irytacji i gniewu, jakiego dziś przyszło mi doświadczyć.
- Niklaus... - Odwróciła się do mnie i spojrzała tym swoim udawanym matczynym spojrzeniem, ależ mnie to irytowało...
- Nigdy nie potrafiłeś pogodzić się z czymś, co było nie tak jak sobie życzyłeś.
- Nie wydaję mi się, aby to były twoje sprawy, żebyś wydawała osądy. - Skwitowałem, obrzuciwszy ją ostrzegawczym spojrzeniem.
- Dziś uratowałam jedną duszę przed Twoim zniewoleniem. Jestem to winna naturze, która i tak mnie karze każdego dnia. - Odwróciła się na pięcie, twardo stojąc przy swoim. Postanowiłem ostrzec ją przed jakimkolwiek działaniem. Nikt nie będzie decydował za mnie, ani za osoby na których mi zależy. Szarpnąłem ją za ramię i odwróciłem agresywnie do siebie.
- Choćbyś wznieciła z prochów Ayianę i całą resztę swoich czarownic, nie zniszczysz mnie, nigdy. - Odpowiedziałem ze spokojnym głosem patrząc na nią z obrzydzeniem.
- Moim przeznaczeniem jest zniszczyć bestię, jaką stworzyłam i wierz mi, że prędzej czy później tak się właśnie stanie.
Po dwóch godzinach musiałem zwyczajnie coś zrobić. Moja matka wykorzystała Caroline do swoich własnych celów. Nie mogłem na to pozwolić.
Wyszedłem z posiadłości trzaskając drzwiami.

CAROLINE

- Też za tobą tęsknie, nawet nie wiesz jak bardzo! - Szkoda, że Elena wyjechała. Brakowało mi jej jak nigdy.
- Zobaczymy się wkrótce, obiecuję i wszystko mi wtedy opowiesz. - Rozłączyła się. A ja rzuciłam telefon na łóżko i podeszłam do biurka, gdzie schowanych było kilka ważnych dla mnie drobnostek.
Rysunek, który Klaus podarował w dzień balu, zaproszenie, bransoletka i kilka rzeczy Tylera.
Wzięłam kawałek pergaminu z moim wizerunkiem i zastanawiałam się, jak przyjął to wszystko do siebie. Wiedziałam, że musiało go to boleć, ale nie mogłam przeciągać tego w nieskończoność. Musnęłam opuszkami po kilku literach, które tworzyły jedno zdanie '' Dziękuje za szczerość. Klaus'' Z zadumy wyrwał mnie odgłos dzwonka do drzwi.
- Mamoo, otworzysz? - Zapytałam kierując swój głos w stronę salonu. Po chwili wzięłam do ręki bransoletkę, którą dostałam dzień po uratowaniu mi życia. Była piękna, jej drobne kryształki odbijały światło lampki stojącej na stoliku. Przybliżyłam swoją dłoń do lampki, by błyszczała całym swoim pięknem. Uśmiechnęłam się do wspomnień, bez żadnej urazy.
- Dobrze że księżniczka której to ukradłem nie ma zielonego pojęcia, kim jest nowa nabywczyni. - Wzdrygnęłam się, tuż za mną pojawił się Klaus dotykając bransoletki w taki sposób, że nasze dłonie lekko się musnęły, a nasze oddechy spotkały. Nie chciałam pytać skąd się tutaj wziął, ani po co przyszedł. Nie czułam potrzeby przepytywania go, tak jak czyniłam to wcześniej będąc jeszcze dawną Caroline.
- Fakt, mogłaby się nieźle na Ciebie wkurzyć - Odpowiedziałam z uśmiechem. A Klaus nagle odsunął się ode mnie i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Po chwili milczenia przemówił.
- Proszę, Nie ufaj mojej matce... - Odwróciłam się i rozchyliłam usta w lekkim niedowierzaniu. Patrzył na mnie z troską i nadzieją, że może go posłucham. Irytowało mnie, że znowu powraca stary Klaus, który stara się przestawić wszystko do góry nogami.
- Widzisz?! Znowu to robisz! - Uniosłwszy głos, podeszłam bliżej, czułam że zbliża się kolejna konfrontacja.
- Czyli to przestępstwo, chcieć dobrze dla drugiej osoby? - Zapytał podnosząc lekko brwi, nie zamierzał ustąpić.
- To nie jest troska Klaus, to jest chęć podporządkowania sobie kogoś, wbrew jego woli! - Wycedziłam, nie wierząc, że ta dzisiejsza rozmowa nic mu nie uzmysłowiła. Przez dłuższą chwilę nie odezwał się ani słowem, trwaliśmy w niezręcznym milczeniu.Po chwili nerwowo zacisnął wargi i wampirzym tempie pojawił się tuż przede mną, wplatając swoje dłonie w moje loki. Nasze twarze znowu dzieliło kilka centymetrów.
- W takim razie przepraszam, że mi zależy, ale czy tego chcesz czy nie, nie pozwolę Cię skrzywdzić mojej matce. - Odpowiedział stanowczym głosem, a moje oczy mimowolnie zerknęły na jego usta. Co za szaleństwo, moim ciałem zawładnęło dziwne pożądanie. Nie mogłam się skupić na jego oczach, bo w tamtej chwili usta były moim największym problemem. Przejął inicjatywę zbliżając delikatnie swoją twarz do mojej. Nasze oddechy tańczyły dziwne tango. Ale pasowały do siebie. Idealnie się uzupełniały tworząc zgrany duet. Przez moment się wahał, patrząc mi głęboko w oczy z wyraźnym pytaniem, czy sama tego chcę. Byliśmy już prawie na krawędzi, ale w pewnej chwili poczułam rozluźniający uścisk jego dłoni, a ciało nagle bezwładnie zsunęło się z hukiem na ziemię.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rozdział 2.

 Dziękuje za motywację kochani, cieszę się, że znalazły się osoby, które zainteresowało moje opowiadanie :)
Teraz czas na drugi rozdział :)
Z dedykacją dla Wszystkich czytelników.

pisane przy: http://www.youtube.com/watch?v=tfurpy4stLA

 ***
invitum qui servat, idem facit occidenti
kto ocala kogoś wbrew jego woli, to tak jakby go zabijał.

Horacy.

CAROLINE
Mówią, że my nie odczuwamy bólu ani strachu... Nawet nie mają pojęcia, jak bardzo się mylą.
Moje ciało spoczywało na mahoniowym biurku w pokoju Esther. Wokół było ciemno, tylko kilka palących się świec oświetlało pomieszczenie, w którym odbywał się rytuał.
'' esphatos mariade, animos aquite, vernonte blakke mariade echous '' jej zaklęcie rozrywało moje wspomnienia na malutkie kawałki kryształów. Zaglądała w najgłębsze zakamarki mojego serca. Nie zdawałam sobie sprawy, że ból psychiczny odczuję w tak okropnej postaci. W tak bolesnej formie. Jej dłoń subtelnie spoczywała na moim czole, a ręce miałam skute w jego rogach. Werbena sól i krew służyły jej jako specyfiki do zaklęcia.
Gdy słowa przybierały na sile, moje wspomnienia także nabierały ostrości i zrozumienia.
Esther ukazywała mi jedno po drugim w odległości czasu, w jakim miały miejsce w przeszłości, wszystko po to, bym zrozumiała rzeczy, które traktowałam jak codzienność.
Tyler i chwile gdy tak wiele razy zostawił mnie samą po środku nieszczęść. Gdy tata umarł, nie było go przy mnie.. Moja urodzinowa noc, gdy obdarzył mnie ugryzieniem, które mogło spowodować śmierć... Gdy wyjechał do Denver, żeby wyzwolić się spod uroku Klausa. To wszystko było intensywne, barwne i odczuwałam wszystko każdą cząstką umysłu. I choć byłam pewna, że pogodziłam się z każdą jego nieobecnością, w rzeczywistości wmawiałam sobie, że tak po prostu wygląda nasz związek, a przecież każdy jest inny. Kłamałam sobie prosto w twarz, nie byłam świadoma wydarzeń, które działy się wokół mnie. Gdy traktowałam Elenę jak najbliższą przyjaciółkę, ta w rzeczywistości zawsze stawiała na pierwszym miejscu Bonnie.
Łudziłam się przez większość życia, tworzyłam kolorowe schematy, które po prostu mniej bolały.
Rytuał dobiegał końca, świadomość odradzała się we mnie na nowo, od początku. Wszystko do mnie docierało, każdy sens wydarzeń jakie miały miejsce, zrozumiałam, że nie miałam pojęcia jak ludzie mnie traktowali. Nie czułam bólu fizycznego, tylko psychiczny. Nacisk na umysł z tak ogromną siłą, powodował, że krzyczałam w niebo głosy. Esther w zasadzie nie zrobiła mi krzywdy, jakby się mogło z początku wydawać. Ona napełniła mnie światłem, którego przez tak długi czas mi brakowało. Narodziłam się na nowo, w pełni świadoma.
- Tak właśnie wyglądało Twoje życie, Caroline. - Wyszeptała uwalniając moje dłonie z kajdan i gasząc świece.
Podniosłam swoje ciało ze stołu, niczym nie różniło się od tego sprzed godziny, tylko ja byłam nie tą dawną Caroline.
Spojrzałam na Esther z wdzięcznością, nie potraktowałam jej jak wroga.
- Dlaczego to zrobiłaś..? - Zapytałam z ciekawością, musiała mieć powód. Nikt nie ratowałby umysłu obcej dziewczyny ot tak po prostu.
- Będę z Tobą szczera Caroline... - Stanęła tuż przede mną i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zrobiłam to dla Was.
- Kim jest ta druga osoba? - Zapytałam zszokowana, ale przeczuwałam kim mogłaby być.
- Niklaus, mój syn. Możesz być na mnie wściekła Caroline, ale uwolniłam Cię od chaosu w Twoim umyśle, a mojego syna od cierpienia. - Odpowiedziała ciepło i zaczęła odkładać na półki użyte specyfiki.
Dotarło do mnie, co chciała przez to powiedzieć. Wpatrywałam się w drzwi. Na zewnątrz było cicho, nie słyszałam głosu Klausa. Oczywiście nie chciałam wygłaszać długich monologów, aby go przeprosić, czy coś w tym rodzaju. Zrozumiałam nasze wspólne chwile, jego zainteresowanie, a nawet potrafiłam postawić się na jego miejscu. Czułam się winna, że przez tak długi okres czasu traktowałam go jak śmiecia. Dwa razy uratował mi życie, a ja tego nie doceniłam.
- Zapraszam Cię na kolacje, Caroline. Mam nadzieję, że do nas dołączysz? - Powiedziała z nadzieją w głosie. Postanowiłam, że może to jedna z tych chwil, gdy mam okazję się odwdzięczyć.
- Dobrze, z wielką chęcią. - Odpowiedziałam z uśmiechem.
- Zatem czekamy na Ciebie na dole. - Uśmiechnęła się i wyszła zamykając za sobą delikatnie drzwi.
 Chwilę jeszcze trwałam w kontemplacji, by ułożyć to wszystko na swoim miejscu.
Ukradkiem spojrzałam na siebie, czy wyglądam w miarę przyzwoicie, w końcu to uroczysta kolacja u Mikaelsonów... Wzięłam kilka głębszych wdechów i poszłam do salonu.
***
Przy stole siedział Kol i Rebekah, Klaus stał przy oknie popijając kolejne łyki złocistej Whiskey. Postanowiłam wykorzystać ten fakt, by jakoś zacząć rozmowę.
- A Tobie jeszcze mało? - Zagadałam nieśmiało, a cała trójka w jednej chwili spojrzała na mnie w niedowierzaniu.
- No co jest z wami ludzie? To jest ta część, gdy zapraszacie mnie do stołu! - Wycedziłam zabawnie i zajęłam swoje miejsce. Niklaus nie odezwał się ani słowem. Usiadł na przeciwko mnie, po drugiej stronie okrągłego stołu i nerwowo obracał szklanką w swojej dłoni. Po chwili dołączyła do nas Esther. Pogładziła mnie po ramieniu, by dodać mi pewności i usiadła obok mnie.
- Kelner! Podaj do stołu. - Zażądała posyłając mi kolejny ciepły uśmiech.
Czułam się nieswojo, jak obcy, jak jakiś alien, który nie należał do tego grona.
Młody mężczyzna zaczął podawać do stołu najrozmaitsze dania. Chwilę potem dołączyła do niego młoda kobieta, która przyniosła schłodzonego szampana i 5 kieliszków. Rozstawiła je obok każdego uczestnika kolacji i oboje wyszli.
- Matko, pozwól, że naleję? - Odezwał się po dłuższym milczeniu, gdy podnosił swoje ciało z krzesła spojrzał na mnie z uśmiechem. Jego oczy błyszczały jak dwa kryształy i nie wiem czy to z powodu ilości wlanego w siebie dziś alkoholu, czy może z mojego powodu? Nie zastanawiałam się jednak nad tym dłużej. Najpierw nalał Esther, potem podszedł do Rebeki, Kola, a mnie zostawił sobie na sam koniec.
- Cieszę się, że jesteś. - Nachylił się nade mną i cicho wyszeptał. Pierwotni zaśmiali się pod nosem, ale udałam, że uszło to mojej uwadze.
***
Po uroczystej kolacji rodzeństwo Klausa poszło na górę, a ja zostałam z Esther i Klausem.
Podźwignęłam swoje ciało, a obok mnie z wampirzą prędkością od razu pojawiła się Hybryda, by odsunąć lekko krzesło. Nasze twarze w tym momencie dzieliło kilkanaście centymetrów. Zupełnie tak jak na potańcówce, gdy proponował mi wspólną przyszłość. Dosyć feralna pozycja, muszę przyznać. Ale dzięki temu, udało mi się dostrzec radość w Jego oczach i tę samą zawadiacką chęć do walki, której wcześniej zupełnie nie dostrzegałam, albo starałam się ją odpychać z dala ode mnie.
Pierwsza przerwałam spojrzenie i tylko lekko się uśmiechnęłam.
Podeszłam do Esther i zaczęłam rozmowę.
- Dziękuje... Z..za wszystko co zrobiłaś. - Była tak przemiłą kobietą, że nie mogłam jej nie uściskać.
- Mam nadzieję, że jeszcze nas odwiedzisz, hm? - Uniosła lekko brwi spodziewając się pozytywnej odpowiedzi.
- Jeśli nadarzy się okazja... - Odpowiedziałam speszona wzrokiem Klausa. Stał w przejściu z jadalni do holu. Wpatrywał się w każdy mój ruch.
Wzięłam swój płaszcz i nałożywszy go na siebie udałam się do wyjścia.
- Do widzenia! Jeszcze raz dziękuje! - Powiedziałam. A Matka pierwotnych jeszcze raz do mnie podeszła.
- Pamiętaj Caroline, od dziś jesteś świadoma, to co zrobisz będzie Twoim własnym przemyślanym wyborem... Jestem przekonana, że postąpisz słusznie. - Obdarzyła mnie ciepłym matczynym uśmiechem. Naprawdę byłam jej ogromnie wdzięczna za to co zrobiła. Naprawiła mnie.
Gdy zbliżałam się do wyjścia, Niklaus ponownie zjawił się obok mnie i otworzył subtelnie drzwi. Spojrzał na mnie i cicho wyszeptał.
- Do zobaczenia droga Caroline. - Odpowiedziałam samym uśmiechem. Nie wiedziałam jak zareagować. Dziś całe moje życie odwróciło się do góry nogami. Nie mogłam tak zwyczajnie zacząć funkcjonować. Uniosłam wzrok przed siebie, a przed drzwiami stał mój sens istnienia. Mój ukochany Tyler.
- Caroline, Boż.. boże Caroline, jestem, kocham Cię, byłem u Bonnie, wszystko pamiętam, wiem, że byłem zauroczony. Przepraszam! Możemy teraz wyjechać, tak jak planowaliśmy! - Cały drżał w oczekiwaniu na moją odpowiedź, przełknęłam nerwowo ślinę, wiedziałam, że Klaus widział całą sytuację i pewnie znowu przeżywał okropne katusze. Nie miałam odwagi na Niego spojrzeć. Od razu przypomniały mi się słowa Esther wypowiedziane chwilę temu. Zrobiłam dokładnie to, co podpowiadało mi serce. Postąpiłam zgodnie ze swoim sumieniem. Wiedziałam, że gdy dziś nie podejmę decyzji, nie zrobię tego nigdy... A przeciąganie tego w nieskończoność, sprawiało ból.
Przekreśliłam jedno, by ocalić drugie. Musiałam.
***

niedziela, 19 sierpnia 2012

Rozdział 1.

'' Wyob­raźnia bez wie­dzy może stworzyć rzeczy piękne.
  Wie­dza bez wyob­raźni naj­wyżej doskonałe. ''

  Albert Einstein


KLAUS.

Dlaczego dałem się tak łatwo zmanipulować miłości? Przez wieki byłem obojętny na kobiece piękno, Katerina przecież zniszczyła każdą najmniejszą cząstkę mojej duszy, a mimo to znowu poczułem miłość... Tylko dlaczego Caroline nie chce mnie poznać? Tak wiele razy błagałem, prosiłem i choć było to idiotyczne, nie zaprzestałem. Gwałtownym ruchem wrzuciłem szkicownik przepełniony rysunkami, prosto w gorące języki ognia. Dławiły je jeden po drugim, zachłannie i łapczywie. Przez moment wpatrywałem się w gorący żywioł upijawszy spory łyk złocistej Whiskey. Musiałem wreszcie skończyć z tą kłamliwą szczęśliwością, bo zachowywałem się żałośnie. Gdzie się podział dawny ja?... Z zadumy wytrącił mnie Kol.
- Nie wierzę, że dalej obchodzi Cię ta dziewczyna!? - Rzucił ironicznie, po chwili rozsiadając się wygodnie na kanapie, zupełnie jakby był u siebie.
- Drzwi są od tego, by pukać idioto. - Z irytacją przerwałem, Kol był ostatnią osobą z którą chciałem rozmawiać. Najchętniej wbiłbym mu kołek na kolejne 100 lat.
- Czyżby wielkie ego Niklausa zostało shańbione? Nieprawdopodobne! - Powiedział wykrzywiając swoje usta w sarkastycznym uśmieszku, po czym parschnął śmiechem. Odkąd tylko pamiętam, Kol zawsze działał mi na nerwy, ale teraz zdecydowanie przesadził.
- Gdyby nie obecność matki, już dawno gniłbyś w trumnie! - Rzuciłem ostrzeżenie wpatrując się prosto w jego twarz, nasza walka na spojrzenia chwilę trwała.
- Więc może powinniśmy wyjść na zewnątrz i tam dokończyć tę dyskusję, prawda Rebekah? - Zmroził mnie wzrokiem, a w drzwiach stanęła moja kochana siostra.
- Daj spokój Kol, na nic ta cała dyskusja, zostaw nas samych. - Odepchnąwszy Kola ode mnie, podeszła do kominka i przykucnęła.
- Bekah? Po co to przedstawienie? Sam bym to załatwił. - Warknąłem, a na mojej twarzy wymalował się grymas gniewu. Czy ona ma mnie za jakiegoś idiote?
- Nie wątpie Nik, ale mam Ci coś do powiedzenia, a raczej do przekazania.
- Spotkałam dziś w Grillu Caroline Forbes, zapytała czy może dzisiaj do nas przyjść.
Nie wiedziałem dlaczego chciała się ze mną widzieć, ale ucieszyło mnie to. Kąciki ust mimowolnie uniosły się do góry. Upiłem kolejny łyk złotej cieczy i ukucnąłem obok mojej siostry, by dowiedzieć się nieco więcej.
- I? - Nalegałem żeby kontynuowała.
- A czego się spodziewasz Nik? Była dosyć poirytowana, ale nie chciała nic zdradzić. - Odpowiedziała rzucając ironicznym spojrzeniem, jak gdyby radowało ją to, że nie może mi powiedzieć nic więcej.
- Cóż, pewnie Damon i Stefan kazali ją wysłać z jakichś względów. - Dodałem udając brak zainteresowania, choć głęboko w środku nie mogłem się doczekać tego spotkania. Jaki cud sprawił, że moja słodka Caroline zechciała przyjść do mojego domu?
- Niklaus, tylko bądź ostrożny, Twoja impulsywność bardzo często przysparza Ci problemów. - Wyszeptała i zamknęła za sobą drzwi.

***

Minęły dwie bite godziny w oczekiwaniu na przyjście mojej słodkiej Caroline.
Gdybym był człowiekiem, ilość whiskey jaką dziś w siebie wlałem, mogłaby spowodować spore trudności w mowie i trzeźwym myśleniu. Ponownie rozsiadłem się na kanapie i starałem się zebrać myśli w jedną całość. Kilka słów wypowiedzianych przez blond wampirzycę, wciąż krążyły po moim umyśle.
Jak mogła myśleć, że wszystkie moje starania, to jedna wielka zabawa? - Westchnąłem do siebie, obracając szklankę w dłoni. Kilka kostek lodu stukających o siebie zawsze sprawiały, że bardziej się skupiałem.
Z rozmyśleń wyrwał mnie słodki głos dobiegający z zewnątrz. Natychmiast podniosłem się z kanapy i udałem szybkim krokiem do holu. Matka stała przed drzwiami i spoglądała na mnie jednym z tych dobrze znanych mi spojrzeń. Przekrzywiłem tylko głowę, nie wiedząc co zamierza zrobić. Podszedłem do drzwi, głos stawał się coraz to bardziej wyraźny, przełknąłem ślinę i otworzyłem drzwi.
- Kochanie obiecuję, że nie będziesz miał powodu, by być zazdrosnym. - Przed furtką stała moja kochana Caroline, obdarzając swoją hybryde namiętnym pocałunkiem. Nie mogłem przyglądać się tej scenie ze spokojem, zamknąłem nerwowo drzwi, nie mogąc uwierzyć, że ten chłopak miał czelność przyjść do mojego domu! Spojrzałem na matkę, ale ta tylko kiwnęła głową, jakby chciała mi zakomunikować, żebym nie reagował agresywnie. Nie mogłem jej zawieść, choć tak bardzo chciałem pozbawić życia tego chłystka! Postanowiłem jednak nie poddać się słabości i zareagować naturalnie.
- Caroline! Tyler! Jak miło was widzieć! - Blond wampirzyca wydawała się być wyraźnie zdziwiona moim zachowaniem, Tyler za to spoglądał raz na mnie raz na swoją dziewczynę z lekkim zażenowaniem. Czyżby nagle nie podobała im się moja postawa?
- Zapraszam! Tędy. - Przeszedłem obok nich, wskazując dłonią na salon. Obrzuciłem wampirzycę pytającym spojrzeniem, nie zareagowała tylko zasiadła na kanapie.
Przed rozpoczęciem rozmowy, użyłem pogrzebacza, by nieco oświetlić pomieszczenie. Następnie zasiadłem przed nimi na skórzanym czarnym fotelu i nalałem whiskey do dwóch szklanek stojących na stoliku przed nami.
- Proszę - Podałem mojej kochanej szklankę z trunkiem, ale w ogóle nie zareagowała tylko od razu uciekła spojrzeniem.
- Czemu zawdzięczam waszą wizytę? - Zapytałem z sarkazmem.
- Klaus... - Zaczęła. Mój wzrok od razu skierował się na jej piękne błękitne oczy.
- Zamierzamy wyjechać z Mystic Falls i chciałabym Ci jasno zakomunikować, że Tyler nie jest już pod Twoim urokiem i nie ważysz się nas zatrzymać, zrozumiałeś? - Skwitowała mnie agresywnym spojrzeniem. Co, miałem ot tak zgodzić się na pomysł z wyjazdem? Przecież ją stracę, stracę na zawsze... Pomyślałem wpatrując się nerwowo w dywan, czułem jak wszystko we mnie wariuje, powoli obmyślałem plan w jaki sposób mógłbym ją zatrzymać.
- Nie ma takiej możliwości, Tyler jest moim dziełem i podlega każdemu rozkazowi jaki wydam, przykro mi Caroline. - Odparłem, wiedziałem, że to ją zraniło, ale nie mogłem zareagować w inny sposób.
- Mówiłem Ci kochanie, że to nie ma sensu, chodźmy. - Powiedział Tyler.
- Nie! Nie będziemy wiecznie zależni od Niego, rozumiesz? Kocham Cię i nie chcę wciąż się ukrywać. - Odpowiedziała czule głaszcząc policzek Hybrydy. We mnie powoli wszystko się gotowało.
- Przykro mi droga Caroline, ale nie zmienię swojej decyzji.- Powtórzyłem.
- Dobrze! W takim razie rób co chcesz, a my i tak wyjeżdżamy! - Skwitowała, obrzucając mnie nienawistnym spojrzeniem, pociągnęła Tylera za rękaw chcąc wyjść, ale natychmiast  zatrzymałem chłopaka, musiałem zrobić to co podpowiadał mi instynkt. Nie było innego wyjścia, zresztą nawet jeśli... Nie potrafiłem się oprzeć tej przyjemności.
- Tyler, zapomnisz, że znałeś Caroline, że kochałeś i byłeś z nią. Zapomnisz również mnie i całą zgraję Salvatorów, znajdziesz sobie piękną dziewczynę w Denver, ułożysz życie i nigdy więcej nie pojawisz się w Mystic Falls, tym samym zostawiając nas w świętym spokoju. - Zauroczyłem hybrydę, zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia, spojrzałem ukradkiem na Caroline, wiła się na podłodze w płaczu. Ogarniała ją agonia. Tyler po chwili przybrał obojętny wyraz twarzy, lekko wykrzywiony w bólu. Spojrzał na Caroline, jak na obcą osobę. Zdał sobie sprawę, że nie wie gdzie się znajduje i tylko przeprosił udając się szybko do wyjścia, omijając szeroko swój były sens istnienia. Widok cierpiącej Forbes łamał mi serce na pół, przez tę chwile przelatywały mi miliony myśli, co dalej... Jak z tego wybrnąć, żeby znowu jej nie skrzywdzić. Ale na szczęście znalazł się ktoś, kto mi pomógł.
Moja matka zrobiła co uznała za słuszne. Nigdy nie pytała mnie o zdanie, nie pytała nikogo.
Może czasem Mikaela, ale rzadko.
Choć czyn jakiego dopuściła się matka, był wbrew jej woli, nie mogłem nic zrobić.
Drzwi były szczelnie zablokowane, a Kol i Rebekah powstrzymywali każdy mój ruch.
Słyszałem tylko zza drzwi jęki mojej kochanej małej Caroline i przybierające na sile słowa Esther.
__________________________________________________
No i obiecany pierwszy rozdział pojawił się z malutkim opóźnieniem, przepraszam.
Ale to ze względu na moją niestabilność łącza internetowego ;)
Jak się podoba?
• Co według Was stanie się z Caroline?
• Co zrobiła Esther?
• Czy Tyler przypomni sobie swoją ukochaną?

c z y t a j ą

liczby